06 grudnia, 2008

Nuke The Fridge!

Pfff, życie jest wykańczające. Jak każdy wie, pracuję w tygodniu, a co drugi weekend marnuję czas na uczelni. Jeden z tych weekendów właśnie trwa. Kiedyś taki system pracy/uczenia się wydawał mi się dobrym pomysłem. Teraz jednakże dochodzę do wniosku, że całkiem możliwe, iż sobie ostro przejebałem. Szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że sesja niedługo się zacznie, a stan mojej wiedzy na tematy ekonomiczne jest skandalicznie niski :)
Enyłej.
Dzisiejszego wieczora postanowiłem nadrobić pewną rzecz. Zająć się sprawą, która chodzi za mną kilka dobrych miesięcy. Napisać w końcu parę słów na temat kontynuacji jednej z najbardziej fantastycznych trylogii w dziejach.
Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki.
Przyznam, że niełatwo mi było ocenić owy film. W końcu, na przygodach Jones'a się wychowałem, tak samo zresztą jak na Gwiezdnych Wojnach, inną serią którą szanowny pan George Lucas postanowił zjebać.
Więc ten, w chwili obecnej "trochę większy" pan, postanowił dorobić piździe uszu i kazał Spielbergowi dokręcić zbędną, czwartą część do trylogii. "Średniak" to słowo chyba najlepiej opisuje to co im wyszło, tuż zaraz za słowami "Gwałt", "Wypalenie" i "Skok na kasę", a przepraszam, ostatnie się nie liczy, bo to zwrot.
Lekko może przesadzam, ale nie potrafię utrzymać emocji na uwięzi, jeśli chodzi o sprawy związane z moim dzieciństwem.
Ale, do rzeczy:
Czas akcji został przeniesiony w lata 60, żeby dopasować wiek Indiany do wieku Harrisona Forda. Oznacza to, że fuhrer padł razem ze swoją ideologią i potrzeba znaleźć nowych przeciwników. Rozumiem, że komuniści się na to znakomicie nadają, ale na boga! Dlaczego Cate Blanchett ma tak beznadziejnie sztampowy akcent? Dlaczego prawie każda postać zachowuje się tak schematycznie? Dlaczego z fabułą, który mógłby wymyślić szczyl, który dopiero co odkrył uroki masturbacji? I dlaczego, do chuja pana, wszystko wygląda tak sztucznie? To nie może być oczywiście CGI, bo wszyscy, od producentów po babcie klozetowe twardo twierdzili, że będzie użyte tylko w miejscach absolutnie wymagających lekkiego "podkręcenia" graficznego.
Czy mam przez to rozumieć, że CAŁY KURWA PIERDOLONY FILM był do "podkręcenia"?
Innymi słowy, brak interesujących charakterów, brak wciągającej historii i brak zapierających dech w piersiach popisów kaskaderskich. Rzeczy, z których poprzednie części słynęły. Zamiast tego mamy ograne schematy, beznadziejną historię oraz całą masę sztuczności.
Jest takie przesycenie efektami specjalnymi i pościgami, które przecież we wcześniejszych przygodach Indiany występowały zdawkowo, przez co robiły większe wrażenie, że człowiek przestaje zwracać na nie uwagę. Coś jak z nowymi częściami Gwiezdnych Wojen. Po setnej walce na dżipach, po milionowej ucieczce, która się kończy kolejną wpadką już widzowi zwisa.
Podstarzały Indiana trzyma formę co prawda, ale cała reszta jest jak o kant dupy rozbić. W szczególności Szyja Lebuf, znany z Transformerów, który w "Czaszce..." jest bardziej wkurwiający od tego małego chinola ze "Świątyni Zagłady", a to już nie lada wyczyn.
Nie, jednak zmieniam zdanie, ten film to nie jest średniak, za jakiego go uważałem przed zabraniem się za tą "mini" recenzję. To jest hańba na honorze Spielberga, prawdopodobnie jego najgorsza rzecz (tak, gorsza od Always, 1941 i Wojny Światów) w jakiej maczał palce i ostateczny dowód na to, że im grubszy Lucas się robi, tym chciwszy.
Jakim cudem ten tandem mógł spierdolić coś, co było nie do spierdolenia? Nie mam pojęcia. Jeśli chcecie zachować swoje optyczne dziewictwo to nie oglądajcie tego.
A w kąciku muzycznym dzisiej mamy:
Black Angels - Young Men Dead. Pozytywne, zbychowe, psychodeliczne wibracje.
Eddie Cochran - Summertime Blues. Bo tęskno za dniami ciepłymi.

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

nuke the fridge? Indy 4 nie byl az tak chujowy...

Anonimowy pisze...

"Nuke the fridge" to nowa wersja powiedzenia "Jump the shark" oznacza, że dana seria przestała być już tak dobra jak na początku, ewentualnie, że stała się kupą i powinni zaprzestać ją robić.

Nuke the fridge wywodzi się z Indiany numer cztery, a konkretnie, z momentu, gdy Jones ładuje się do lodówki celem przeżycia wybuchu nuklearnego (co mu się udaję zresztą).

I tak, był chujowy. Wiem, sam kiedyś myślałem, że to film średni, może nawet i dobry, ale coś nie dawało mi spokoju. Jakiś głosik z tyłu mej głowy mówił, że się oszukuję.

Walczyłem z nim długo, szukając na siłę w Indianie czwartym pozytywów, wmawiałem sobie, że to przecież głupi film rozrywkowy i tak ma być lub kompletnie ignorując fakt, dziesięcioletni chińczyk z Temple of Doom, którego nigdy nie lubiłem, ma więcej osobowości, jest fajniejszy i mniej denerwujący niż wszystkie postacie drugoplanowe z Kingdom of Crystal Skull razem wzięte.

W końcu zaakceptowałem fakt, że nowy Indiana jest gównem. Głos dał mi spokój, a ja stałem się szczęśliwszy.

Anonimowy pisze...

Święte słowa panie Grimm:]