Multitasking.

|

Sesja stała się moją rzeczywistością. Pierwsza część egzaminowej uczty za mną, 4 testy wiedzy już zaliczone, 3 kolejne czekają mnie 13 i 20 lutego.
Wszedłem w destruktywny cykl praca-nauka-egzamin, bez chwili wytchnienia na odpoczynek.
Muszę przyznać, że idzie zaskakująco nieźle.

Szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę, że to co napisałem zdanie wcześniej jest czystym kłamstwem. Niestety, nie potrafię się powstrzymać przed graniem w Mass Effect 2. Od razu po robocie siadam do zabawy, mając puszkę piwa za towarzysza, wiernie obserwującego akcje na monitorze.

Po pierwszych godzinach ME 2 mogę spokojnie rzec, że lepszego action rpg po prostu nie ma i nie było. Zacna gierka, przy której jedynka wygląda jak niedorozwinięty embrion, zbyt wcześnie wyjęty ze szklanego łona. Pewniak do nagrody Game of the Year.
Jeśli połączymy tą informację z moimi niedawnymi zachwytami nad Dragon Age (pisałem, że przebija Baldur's Gate pod każdym względem i prawie dorasta genialności Fallouta) to wyjdzie na to, że BioWare kopie dupę.

Proszę, napisałem. Było ciężko, ale dałem radę.

Przyznam, że jestem kompletnie zaskoczony takim obrotem spraw. Po wyjściu komba Neverwinter Nights-Knights of the Old Republic-Jade Empire byłem przekonany o upadku BioWare. Wyśmiewałem ich impotencję w prowadzeniu fabuły; fakt, że robią gry na zasadzie kopiuj/wklej podmieniając jedynie dekoracje; kiepskie systemy walki,;banalne wybory w stylu Hitler-Gandhi, z którymi nie wiązały się żadne konsekwencje.
Dodatkowo, sprzedali się Electronic Arts i zaczęli stosować politykę plastrów salami w wydawaniu gier (cała masa płatnych DLC o kiepskiej jakości).

A tu proszę. W moich oczach powstali jak feniks z popiołów. I ten związek z EA chyba na dobre im wyszedł. Na chwilę obecną lepszego studia tworzącego rpgi nie ma. Szacunek, wręcz sympatia kompletnie zastąpiła dotychczasowe poczucie pogardy w stosunku do BioWare.

Ale zaczynam się rozczulać, enyłej, polecam Mass Effect 2. Opłaca się mieć zaimportowaną postać z prequela, bo dodatkowych smaczków w postaci nawiązań do poprzednio zrobionych questów jest cała masa.

Trzeci wymiar kina.

|

Tak, wiem. Spóźniłem się z tym postem jakiś miesiąc. Jednak chciałem mieć za sobą zarówno wielce rozreklamowaną wersję trójwymiarową, jak i 2D zanim zasiądę do recenzji Avatara.

W przeogromnym skrócie: Idźcie na to w 3D. Imax przedłużył wyświetlanie tego filmu aż do końca lutego, więc czasu pod dostatkiem. Jeśli macie tylko kino 2D w okolicy to lepiej poczekać na jakieś ładne wydanie dvd/bluray.

Weźmy się za szczegóły. Na wstępie musimy sobie coś wyjaśnić, przeklęci fanboye Avatara, James Cameron dłubał przy tym filmie lat 10 czy 15 nie dlatego, bo tworzył mitologię świata, charakteryzował postacie czy planował sequele. Cameron siedział nad technologią i efektami (60% filmu to jeno czyste CG). Chciał zrobić obraz tak łechtający oczy, że trzeba zobaczyć go na gigantycznym ekranie, by go docenić. Na tym polegał plan Dżejmsa. Żeby znów zaciągnąć publiczność do kina.

Więc nie, Cameron nie wie co zrobi z kontynuacją, bo jej nie planował. Stulcie ryj w końcu.

A co do założeń Jamesa, udało mu się to znakomicie, bo Avatar już zarobi ponad 2 miliardy zielonych, stając się najlepiej zarabiającym filmem wszechczasów. Czy zasłużenie? Miesiąc temu powiedziałbym, że nie. Po zobaczeniu filmu ponownie, tym razem w 2d, zmieniłem zdanie.

Fabuła Avatara jest prosta. Dialogi są kiepskie. Postacie jeszcze gorsze (poza Quaritchem). Tutaj Oskara nie będzie. Jednak, jeśli porównać opowieść o niebieskich, kosmicznych, kocich indianinach z megaprodukcjami z lat poprzednich, to tekst Camerona zasługuje na literackiego Nobla.

Taki trend w Hollywood, że nie zawracają sobie dupy z, choćby drobnym, przedstawieniem o co kaman, i od razu przechodzą do rozpierduchy.
Avatar ma wyraźny wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Fabuła, wraz ze słowami, które wyrzucają bohaterowie, jest funkcjonalna. Jest humor, jest przygoda, jest romansik. Spełnia swoją rolę, ale nic ponadto. Avatar mieni się zatem w pozytywnych barwach, jeśli chodzi o narrację, lecz nie zapominajmy, że zrobić coś lepszego od szajsu znanego z Transformers 2 nie jest aż tak trudno.

Aktorstwo w większości przerysowane, ale takie chyba było założenie (btw. zauważyliście, że wszyscy, którzy grali Na'vi są albo latynosami albo czarni? :D). Muzyka Jamesa Hornera, tak samo jak fabuła, funkcjonalna jest. Horner uwielbia sam z siebie kopiować. Niektóre momenty w Avatarze są obdarzone dźwiękami z "Troji", "Obcych", ba! nawet Tytanika. Tutaj też bez zachwytów.

Można się też przyczepić do braku oryginalności nowego filmu Camerona. Mamy:
- dizajn obcych skopiowany z komiksów z lat '60
- fabułę zerżniętą z "Tańczącego z Wilkami" i z "Pocahontas"
- koncept przenoszenia myśli ludzkich w obce formy życia, żeby poznać planety z nieprzyjemną atmosferą od braci Strugackich (jedno z miejsc akcji u Strugackich zwało się "Pandora" zresztą i była zamieszkana przez istoty o nazwie "Nav'e")
- o muzyce już wspomniałem.

Efekty specjalne. Tu dochodzimy do momentu, w którym muszę napisać, że wszystko to co powyżej jest równie istotne, co pierdnięcie w próżni. Brak mi słów, żeby nakreślić niesamowity poziom szczegółowości, jaką cechuje Avatara. Każdy kadr filmowy jest cholerną ucztą dla oka. Jednego i drugiego. Cholera no, efekty zabijają, dosłownie (jakiś rusek zszedł na zawał w czasie projekcji). Absolutnie trzeba wybrać się więcej niż jeden raz na Avatara, aby zwrócić uwagę na drobne detale dżungli. Na opadające liście podczas upadku wielkiego drzewa, które iskrzą w słońcu (albo jednym ze słońc). Na kawałki kory, przemieniającej się w popiół. Na płonące koniopodobne coś. Pandora hipnotyzuje, jak dziewczyna tańcząca na rurze (ponoć ludzie mają depresję po wyjściu z seansu, bo nasza rzeczywistość brzydsza).

To jest film, na który się idzie zamiast na jazdę kolejką w wesołym miasteczku. Dziadzio Cameron znowu jest pionierem. Zupełnie jak w przypadku Arnolda wydłubującego sobie oko w Terminatorze, epickiej końcówki "Obcych", wodnej twarzy w Głębi, T-1000 z T2 i zatonięcia Tytanika. Aż z nadzieją w przyszłość teraz patrzę na jego adaptację Battle Angel Ality.

Czyli, przyjemna, wręcz "disneyowska" bajeczka, obdarzona najbardziej niesamowitymi widokami w historii kina. Tylko 3D Imax, Dolby albo GTFO.

Nic ciekawego.

|

Przypadkowe myśli w zimne, styczniowe popołudnie.

Jest tak zimno, że mróz niszczy mi skórę na rękach. Muszę smarować sobie ręce jakimś norweskim specyfikiem dwa razy dziennie, przez co czuję się jak metroseksualista.

Nowy program lojalnościowy CDProjektu spowodował, że znów czuję się jak szczypior. Wesoła rozwałka w Duke Nukem 3D Atomic Edition powoduje, że niemal moczę się z radości, nostalgicznie wspominając erę sprzed akceleratorów graficznych i directXa.
Drugą gierką, którą sobie wybrałem to Cannon Fodder. Urocze połączenie RTS i zręcznościówki, która reklamowała się hasłem "War has never been so much fun", przez co zresztą została zakazana w Niemczech.

Pełen obraz tego, w co gram obecnie, dopełnia Mass Effect i DA:O. Dragon Age odpalam w zasadzie z przyzwyczajenia, żeby sprawdzić jak jeszcze gra się zmienia, w zależności od wybranego początku.
Powrót do Mass Effect spowodowany jest chęcią rozpoczęcia sequela z całą masą pieniędzy i wymaksowanym idealistą. Chciałem też sobie odświeżyć całe uniwersum, żeby lepiej się łapać w otaczającym świecie podczas gry w ME 2.

Zdałem sobie właśnie sprawę z tego, że ostatnie dwa filmy jakie oglądałem opowiadały o starcach, na których wszyscy wieszali psy, a oni i tak dokonali czegoś niezwykłego ("Stary człowiek i morze" z Anthonym Quinnem oraz "Prosta historia" Lyncha). Podświadomy lęk przed starością?

Chińskie żarcie jest przereklamowane. Ciężko nazwać smacznym posiłkiem danie złożone z cholernych gołębi i bezdomnych zwierząt, przystrojone lekko makaronem z warzywami. Istnieje tylko jedna knajpa w całym mieście, sprzedająca skośnookie jedzenie, do której nie brzydzę się chodzić.

Czerń bijąca z bloga niszczy mi oczy. Chyba pora zmienić layout z tego depresyjnego koloru na jakiś radośniejszy. Jak tylko znajdę coś, co usatysfakcjonuje moją tęczówkę to dokonam zamiany.
W sumie, po prawie dwóch latach, chyba czas najwyższy.

Kącik Literacki.

|

W związku z przewróceniem ostatniej strony "Callahan's Crosstime Saloon" Robinsona oraz "Opętanych" Palahniuka, postanowiłem się podzielić opinią swoją, istotną jak cholera, co do ostatnio pokonanych książek.

Po "Callahan's Crosstime Saloon" sięgnąłem z trzech powodów.
1. Lektura w oryginale to dobre ćwiczenie przed podejściem do zdobycia kolejnego certyfikatu językowego.
2. W latach '90 jacyś ambitni ludzie, z nie istniejącego już studia "Legend", zrobili grę przygodową opartą na całej serii książek obracających się wokół baru Callahana. Nigdy w nią nie grałem, bo oficjalnie premiery w Polsce nie miała. Jednak w jakiś sposób pismo "Secret Service" ją zrecenzowało i postawiło nawet wysoką ocenę (9/10, o ile pamięć mnie nie myli).
3. Była cholernie tanio do kupienia na Allegro.

Poza tym jakieś nerdowe nagrody pozdobywała w latach '70. Idąc logiką "Philip K.Dick, mistrzu sci-fi, o którym złego słowa nie powiem, też zdobywał nagrody w latach '70" postanowiłem zaryzykować.

No i powiem w ten sposób. Koncept jest wyjebany. Różne dziwne istoty, od obcych po nieśmiertelnych i telepatów, odwiedzają zwykły bar na przedmieściach. Mieszają się z tłumem ludzkich bywalców, którzy swoje smutki przyszli topić w alkoholu, a całością zarządza tłusty irlandzyk o nazwisku Callahan.
Wszyscy dzielą się opowieściami, dramatami, a nawet występami scenicznymi.

Nie jest to hard sci-fi, do którego trzeba mieć stopień profesorski z fizyki, żeby cokolwiek zrozumieć. Jest to rzecz bardziej humanistyczna. Robinson starał się pokazać, że niezależnie co się dzieje, jak bardzo rozdmuchana jest skala, z którą ma się do czynienia (czy to z końcem życia na ziemi przez atak obcych, czy z faktem, że jest się zagubionym nastolatkiem) zawsze można wpaść do tego znajomego miejsca, w którym czekają na ciebie dobrzy ludzie, zawsze skorzy do pomocy.

Przesłanie w sam raz jak na hipisowskie czasy, w których powstawała książka okazuje się trochę zbyt naiwne na dzisiejszy, opętany szczurzym pędem świat. Bardzo często ma się wrażenie, że Robinson trochę za dużo wypalił zanim zasiadł za maszyną do pisania. Postacie zrzucają z siebie emocjonalny ciężar siedząc wśród obcych, kiepsko ogolonych i zapijaczonych gości zdecydowanie zbyt lekko. A i ci sami ludzie, którzy popijają browar przyjmują wszystko trochę zbyt stoicko.

Bar Callahana wydaje się być miejscem nie z tego wymiaru. Z innego czasu. Książka prosta i naciągana, lecz dobrze się czyta. Nie jest to dzieło sztuki, ale zdecydowanie umili parę wieczorów, o ile znajdziecie egzemplarz.

"Opętani" Chucka Palahniuka. Jak do tej pory przeczytałem wszystkie publikacje tego autora i powiem szczerze, że chłopak obniża loty. "Opętani" to nic innego jak związane cienkim sznurkiem, nie powiązane ze sobą opowiadania, które Chuck pisał w wolnych chwilach. Owy cienki sznurek to główny wątek opowiadający o grupce osób, które chcą zostać pisarzami i przez to zdobyć sławę i pieniądze. Ażeby tego dokonać pozwalają się zamknąć w opuszczonym teatrze na trzy miesiące przez dziwnego starca, poruszającego się na wózku inwalidzkim oraz jego niezwykle dobrze wyposażonej asystentki.

Krótkie opowiadania są bardzo dobre i dobre. Na przykład "Exodus" o policjantach, którzy wykorzystują seksualnie lalki pokazowe dla świadków i o kobiecie, która próbuje ich powstrzymać. Albo "Flaki", gdzie niezwykle obrazowo pokazane są niebezpieczeństwa związane z masturbacją podwodną, w basenie, siedząc gołym tyłkiem na rurze odpływowej.
Jak mówiłem, fajna sprawa.

Zanim do nich się dobierzemy to niestety czekają na nas zbyteczne poematy, swoiste wprowadzenia do opowiadań. Nie wiem po co tam one. Przez nie Palahniuk wygląda jak nadęty, postmodernistyczny pseudoartysta. Poza tym pokazuje, że ma za dużo czasu wolnego.

Historia ludzi w zamkniętym teatrze, która spina całość, nie jest porywająca. Bohaterowie myślą o sprzedaniu swoich przeżyć, więc starają się jak najbardziej spieprzyć sobie warunki życia. Zatem niszczą zapasy jedzenia, zapychają kible, rozwalają zlewy i pralkę, psują lodówkę, pozbywają się światła, aż w końcu zaczynają się samo okaleczać.
Nie mówimy tu o drobnych bliznach, czy popsuciu fryzury. Bohaterowie odrąbują sobie części ciała, pozbywają się nosów i ust. Odrywają paznokcie. Niezbyt przyjemnie się to czyta, ale ponoć taki był cel Palahniuka.

Mogę mu zatem przybić pionę i powiedzieć "dobra robota, stary, ale za chuja do tego nie wrócę". W porównaniu z poprzednimi książkami Chuka, "Opętani" to rzecz słaba. Poleciłbym dla opowiadań, gdyby nie fakt, że wątek główny, wraz z poematami, zajmują aż połowę z około 430 stron. Wpierw wypożyczcie.

Peany piwne.

|

Piwo naprawdę pozwala nabrać dystansu do świata. Po takim wieczorze ze złocistym trunkiem, wszystko wydaje się wyciszone i powolniejsze. Człowiek czuje, że może poradzić sobie ze wszystkim. Trzymając litrowy kufel za rączkę, pijąc (bez soku) jego zawartość, można poczuć się jak prawdziwy mężczyzna. Lepiej mogłoby być tylko w przypadku posiadania Harleya. I brody do pasa.
W każdym innym aspekcie życia mamy równouprawnienie, wpychaną na siłę polityczną poprawność i kobiety z roszczeniowym podejściem.

Otaczające nas środowisko stało się tak bezpłciowe, sterylne, "profesjonalne", wręcz nierzeczywiste, że człowiek, aby poczuć się częścią społeczeństwa musi uciekać do zapyziałego baru. Zatem do tego doszło, że speluna w ciemnej uliczce, gdzie podają rozwodnione piwo w brudnych kuflach, stała się ostatnim bastionem ludzkości.

Tak, piwo. Trunek filozoficzny.

Więc Pośrednik.

|


Ergo Proxy. Anime często polecane ostatnio na JRK's RPGs, co jest dla mnie zagadką tak gigantyczną, że nawet nie próbuję jej rozwikłać. Ta produkcja mogłaby być bardziej niszowa tylko wtedy, gdyby wrzucili do niej gwałt na nieletnim, a soundtrack składałby się z brzdęków ze starego game-boya.

Ergo Proxy ma całą masę recenzji w sieci, które wprost mówią "zobacz to" albo "to jest niesamowite". Problem leży w tym, że nikt nie uzasadnia, dlaczego tak naprawdę jest godne polecenia.

Czym jest zatem Ergo Proxy? Gdybym był artystą, udając, że pod moją chamską powłoką znajduje się głębokie wnętrze, powiedziałbym, że bohaterowie tego anime aż do ostatniego odcinka poszukują odpowiedzi na to pytanie. Wspomniałbym o złożoności i niejednoznaczności. O tym, że w sumie równie dobrze można by się zapytać o sens istnienia, o Boga, o początek ludzkości i o to czy miłość jest rzeczywista...(dramatyczna pauza...cykanie świerszczy...)

Na szczęście nie mam głowy wsadzonej we własną dupę, więc powiem po prostu, że to wpytkę sci-fi produkcja. Skomplikowana opowieść o upadku utopii i podróży, zarówno po bezkresnej toksycznej pustyni, jak i wgłąb siebie. To tak jakby zmieszać Blade Runnera, Fallouta i Ghost in the Shell, dodać element superbohaterstwa oraz dorzucić masę kontemplacji na temat gatunku ludzkiego.

Brzmi fajnie, nie? Niestety, Ergo Proxy jest niedoskonałe.

Nierówne wszędzie, od kreski przez muzykę, aż po fabułę i dialogi. Raz zachwyca, aby po chwili zawieść na całej linii. Niektóre epizody są tak intensywne i dramatyczne, że dawki emocji starczyłoby na kolejną serię, a niektóre są bezsensownymi zapychaczami, nudzącymi do tego stopnia, że człowiek pauzuje, aby sprawdzić co nowego na naszej klasie. Pamiętam też jeden odcinek, w którym było tyle pieprzenia w stylu new age, że Coelho byłby dumny.

W tym przypadku jednak plusy przysłaniają minusy. Złe chwile tego anime szybko wyprzemy z pamięci, a te dobre zostaną na dłużej. Fakt, trochę niepotrzebnie przekombinowali momentami, ale nadal warto. Złapałem się też na tym, że kilkakrotnie zmieniałem swoje podejście do postaci. Ot, taki banalny przykład - od nienawidzenia, po uwielbienie (Pino ^____^). Bohaterów naprawdę ciężko jest zaszufladkować, a ich rozwój jest fascynujący. W tym dziale - pełen wypas.

I piosenka użyta w napisach końcowych wgniata tak, że żadna inna nie jest wstanie jej dorównać. Mówimy tu o "credit music", który kończy "credit music". Nic lepszego się pod tym względem nie znajdzie.

Takie 4 na 5 u mnie.

Twarz nieskalana myślą.

|

Czy kiedykolwiek zdarzył wam się dzień, kiedy o niczym nie myśleliście?
Czas, w którym wasz mózg tęsknił za jakimś sensownym konceptem do pożywienia się, a jedyne co mogliście mu zaoferować to nicość, przypominającą pustkę w portfelu?

Ile dób w życiu spędzamy, które nie wyróżniały się niczym szczególnym i były całkowicie do zapomnienia?

Ostatni weekend był taki dla mnie. Nie robiłem nic specjalnego, nie przeżyłem żadnej ekscytującej chwili. Podejrzewam, że nasz żywot jest wypełniony po brzegi podobnymi dniami.
40 lat później człowiek wypowiada te sławne słowa "co się stało z moim życiem?". Następnie pojawiają się przebłyski różnych przeżytych momentów i kolejne banalne pytania: "co bym zrobił inaczej?" i "a co jeśli...?".
Całe to zadręczanie się po to, żeby zapewnić siebie, że nasze istnienie ma sens. Pół biedy jak dojdziemy do wniosku, że rzeczywiście tak jest. Gorzej, jeśli okaże się, że na starość nie ma się ani jednej chwili, która zapadła nam w pamięć. Że przez te wszystkie lata było się intelektualnie i emocjonalnie niezdolnym do zaznaczenia swojego miejsca na świecie. Było się tylko obserwatorem wydarzeń, zamiast uczestnikiem.

Jak sobie z tym radzić? Pić więcej? Angażować się uczuciowo w wesela, czy pogrzeby w rodzinie i wśród znajomych? Szczerze podziwiać osiągnięcia przyjaciół w FarmVille i Mafia Wars?

Chuja tam.

Trzeba wybrać sobie jakiś szczegół z dnia, scenę wartą zapamiętania i stworzyć wokół niej pewną opowieść. Historię związaną z danym okresem swojego życia. Jak znacznik albo kamień milowy. Zakładka w książce. Żeby móc na starość odnaleźć się w labiryncie swojego umysłu.

Wiem, pseudo-filozoficzny bełkot i pieprzenie w stylu new-age, niczym Coelho. Tak działają na mnie zjazdy na studiach zaocznych :/ Poza tym, to w sumie nie najgorsza wskazówka, żeby uniknąć efektu "uciekających dni".

 

©2009 . | Template Blue by TNB