12 września, 2011

Ustka - dzikie fale i darcie ryja.

Jak pies, siedzę i pilnuję chałupy. Mateczka, zgodnie z obietnicą, poszła w miasto. Nadzoruję pracę robotników, a raczej jej brak. Mieli rozpocząć zamurowywanie od 7.30, jednakże do tej pory mnie nie odwiedzili. Przed chwilą złapałem ich herszta na klatce, powiedział: ludzi nie ma, cały pion jest do zrobienia, komplikacje są, wie pan jak to jest, nie wiem czy dziś do pana zdążymy. Bezproduktywnie siedzę zatem, czekając na roboli.

Dzień 10.

Zanim dzień się zaczął, musiałem przeżyć noc. Była wyjątkowa pod względem pogodowym. Kojarzycie Bioshock? Nalało mniej więcej tyle wody, ile widziało się w grze. Bałtyk doszedł niemal do ośrodka. Noc rozświetlały pioruny, waliły w ziemię, grzmiało; człowiek religijny pomyślałby, że oto Dzień Sądu nadchodzi. Z tego powodu całą rodziną nie spaliśmy prawie wcale. Oczywiście, byliśmy zbyt twardzi, by rozmawiać nocą. Gdy jedno się budziło i zmieniało pozycję, drugie spoglądało nań, kiwało głową i przekręcało się na drugi bok, ponownie podejmując walkę o sen.

Konsumpcja kaszy mannej i picie herbaty, to robiłem na śniadaniu. Następnie z matką wybraliśmy się do Ustki, na moją prośbę. Rodzina nie chciała się ruszać, bo wietrznie, deszcz kropi, było generalnie nieprzyjemnie. Argumentowałem, że na wczasach jesteśmy, pospacerujmy chociaż po lesie. Przy okazji, jakieś duperele się kupi, jak woda czy gazety, mówiłem. Podróż do sklepów ekscytacji nie dostarczyła, jednakże powrót, to inna historia.


Gdy wracaliśmy, wyszło słońce i zrobiło się gorąco, przez co czuliśmy się jak idioci, nosząc długie spodnie i kurtki przeciwdeszczowe. Ufając matce, pozwoliłem, by nas prowadziła. Znam skrót! - powiedziała. Poszliśmy w dzicz, gdzie sarny biegały, a matka próbowała nawigować. Oczywiście, gubimy się. Wzięliśmy zatem kierunek na plażę i wlokąc ciężkim obuwiem po piasku, wróciliśmy do ośrodka. Plaża, powiem szczerze, zaskoczyła nas. Wiało tak, że matką targało jak chorągiewką. Idąc pod wiatr, musieliśmy się wysilić, żeby nas nie przewróciło. Poza tym, piach bił po oczach. W pewnym momencie szliśmy tyłem, bo tak mocno wiatr nim sypał.



Ojciec w międzyczasie leżał w łóżku, nie uwierzył w powyższą relację. Chciał tego doświadczyć na własnej skórze. Wybrałem się z nim, mając nadzieję, że piach go oślepi, wiatr przewróci, a woda zaleje. Niestety, musiałem zadowolić się tym, że dzikie fale podmyły mu siedzenie i porwały leżak. Było to ciekawe przeżycie, nie często plaża latem przypomina scenerię post-apokaliptyczną. Poza nami nie było nikogo w zasięgu wzroku. Mewy walczyły między sobą o kawałek czegoś, chyba jedzenia. Ciemne chmury przysłaniały słońce, ale nie kompletnie, przez co plaża była interesująco oświetlona. Widok kojarzył mi się z obrazem impresjonistycznym.





Później, w okolicach kolacji, graliśmy przed domkiem z ojcem w pokera. Jak zwykle namawiał na stawki pieniężne, bo ogrywał mnie. Kiedy mieliśmy zwijać stół i szykować się na posiłek, wróciły baby ze spaceru do Ustki. Wpierw wróciła siostra, co wywołało u nas lekkie zdziwienie. Pewnie srać jej się zachciało i przyspieszyła kroku, ojciec powiedział. Potem, na jego prośbę, zajrzałem do niej i spytałem, co z matką. Siostra odpowiedziała, że matka kazała jej wracać do domu, a sama została w Ustce. Pierdoli, skomentował ojciec. Miał rację. Niedługo potem sytuację wyjaśniła matka. Była roztrzęsiona. Ta głupia chamica bez słowa poszła sobie, zostawiła mnie w centrum Ustki i po prostu poszła, wyobrażacie sobie? - Matka zaciągnęła się papierosem. Gdy oglądały wystawę sklepową, doszło do sprzeczki słownej, po której matka powiedziała, że jak siostrze się nie podoba, to niech wraca do ośrodka. Siostra obróciła się i poszła, a matka, skupiona na oglądaniu wystawy, nie zauważyła tego. Szukała jej po Ustce, szukała jej na dróżkach, po czym wróciła do domu. Nigdy więcej nigdzie z nią nie pojadę, mówiła.

"Cztery pory roku" Kinga jest najlepszym zbiorem opowiadań, jaki miałem przyjemność czytać w ciągu ostatnich kilku lat. Prosty i przejrzysty język, zrozumiałe porównania, działający na emocje. Shawshank jest być może najlepiej napisanym opowiadaniem, jakie w życiu czytałem. Podążanie za wydarzeniami w nim przedstawionymi było pasjonujące, tak muszą czuć się kury domowe oglądając romanse nad rozlewiskami. Nie mogłem doczekać się, co będzie dalej, pomimo tego, że kilkukrotnie ekranizację widziałem.

Kwestia ekranizacji jest tutaj ciekawa, bo z czterech opowiadań, trzy zostały przeniesiony na srebrny ekran. Dwa mają status kultowy. Tym drugim jest Ciało, które w kinach zaistniało jako "Stand by me". Opowieść o przyjaźni i dorastaniu. Częściowo autobiograficzne spojrzenie wstecz, które bawi i wzrusza.

Kolejne opowiadanie, które doczekało się ekranizacji to Zdolny Uczeń, czy też "Uczeń szatana". Film był kiepski, choć Gandalf grał spektakularnie. Opowiadanie jest o istocie zła, mocne i bezpośrednie. Nostalgiczne też trochę, bo znów King spogląda na młodość i wychowanie.

Ostatnia część zbioru jako jedyna przypomina poprzednie prace Kinga. Ironiczne, że jest najgorsze. Metoda Oddychania to horror i tajemnica, pokazująca siłę opowiadań. Nie tylko tych spisanych na papierze, ale słownych historii, które przekazujemy sobie cały czas. Bywa makabryczna, niesmaczna i nierealna.

Podsumowując, mistrzostwo świata. Polecam wszystkim, nawet ludziom, którzy Kinga nie trawią.

Dzień 11.

Kolejny dzień, który zaczął się od deszczu. To, co było ciekawostką, szybko zmieniło się w rutynę. Zacząłem tęsknić za śniadaniem w rozjaśnionej słońcem stołówce. Pogoda kiepska, nie było co robić, więc po porannym posiłku poszliśmy spać. Dopiero po obiedzie zaproponowałem, aby ruszyć z ośrodka. Nikt inicjatywy nie poparł, więc poszedłem sam.



Gdy postawiłem pierwszy krok poza dom, matka mnie zawróciła. Jak możesz iść do Ustki i nie zrobić zakupów? - spytała i wręczyła listę z rzeczami najpotrzebniejszymi. Np. banany dla siostry, woda dla siostry, sok dla siostry; szynka, chleb, czy ser dla reszty. Grzeczne i uczynne dziecko zrobiło zakupy w drodze powrotnej. Zanim do tego doszło, połaziłem po Ustce. Uznałem, że co ja będę w domu robić? Wolę spocić się spacerując. Swoją drogą, spacer w deszczu, jak się przekonałem, nie jest tak wesoły, jak w musicalach. Szczególnie, gdy jest gorąco, a jest się otulonym w bluzę i przeciwdeszczówkę. 


Ciekawe, że w mieście było tyle ruchu, ludzi i samochodów, co w słoneczny dzień. Porobiłem zdjęcia, pochodziłem, a potem wpadłem na gofra z kawą w jedynej kawiarni w Ustce. Przepychanki i zaczepki rozpoczęły się krótko po tym, jak usiadłem z kawą przy stoliku. Ludzie potrafią być niesamowitymi chamami, gdy walczą o siedzenie. Rodziny, mniej więcej w podobnych składach, prawie pobiły się o ostatni wolny stolik. Było darcie ryja, ale były i błagania. Ostatecznie obsługa doniosła kilka krzeseł i jedna z rodzin jadła na parapecie. Co do obsługi, dawno nie widziałem równie pięknych kelnerek. Aż mnie zatkało, gdy zamawiałem gofra. Wyszedłem na niezdecydowanego kretyna, bo zacząłem "bry, proszę gofra", spojrzałem kelnerce w oczy "eeee", wydusiłem, po czym zapomniałem co chciałem. Doszliśmy do porozumienia, zapłaciłem, zostawiłem napiwek i udałem się w drogę powrotną. 

Fakt: gdy nad morzem pada, turyści kupują dużo wódki. Kolejki w sklepach, w których alkohol sprzedawano, były gigantyczne.


Wieczorem z rodzicami poszliśmy na krótki spacer po lesie. Wymówka to była, po prostu chcieliśmy pogadać bez gumowego ucha siostry. Matka uznała, że zaczyna wdrażać proces "dorastania" siostry, zwiększenia jej samodzielności. Sytuacja z wczoraj nigdy więcej ma się nie powtórzyć. Swoją drogą, siostra nigdzie nie ruszyła się tego dnia z domu, bo matka nie umyła jej głowy. Tak, moja matka jeszcze dwa tygodnie temu, myła głowę swojej trzydziestoletniej córce. Dziś już tak nie jest, proces wspomniany toczy się. Kto wie, może za kilka lat siostra odrodzi się jako byt niezależny od matki.

Mówiliśmy też o powrocie. Wysiądziemy na wschodnim, bo pociąg stoi na nim pół godziny zanim ruszy na centralny, a potem zakupy zrobimy - pokrótce.

Przed snem pogadałem ze starym o pisarzach. Niezmiennie od lat polecał Lema, nie pamiętając o tym, że już kilka jego książek mam za sobą i opinię o nim wyrobiłem. Na moje zarzuty, że Lem nawet w bajkach nie może powstrzymać się od technologicznego bełkotu, ojciec odpowiada: no tak, ale to science-fiction przecież! Mówimy o uzależnieniach pisarzy, o tym jak popieprzony był Dick i o tym ile chlał King. Mówię mu, że King w pewnym momencie tak się uzależnił, że wypijał haustem płyny do płukania ust, kiedyś zawierające alkohol. Dziś nie pamięta prac nad pisanymi w czasie ciągu książkami. Wspominam o mojej opinii na temat opowiadań, a raczej jednego - o Shawshank. Ojciec na to: "Eee tam. Nudny jest.". Dowiaduję się, że według mojego starego, King nie zasługuje na szacunek, bo za dużo pisze i większość jego pracy jest do dupy.

W The Last Express się zaciąłem. W tej grze są chwile, gdy nie ma nic do roboty, pamiętałem o tym, jednakże dalej miałem poczucie, że pominąłem jakiś szczegół i tym samym skazuję bohatera na brak happy endu. Innymi słowy, boję się porażki. To nowość. Nie pamiętam, żeby jakakolwiek inna gra w ostatnim czasie wywołała u mnie podobną reakcję. Z tego powodu przesiadłem się na pasjansa, który od tej pory rządzi moim czasem wolnym.

Cdn.

Brak komentarzy: