05 września, 2011

Ustka - deszcz i las uderzają w nas.

Gdy wróciłem od fryzjera, matka spojrzała na mnie z obrzydzeniem. No co on z siebie zrobił?! - rozległo się po domu. Potem zapytała, czy fryzjer, u którego byłem, ma w ofercie oszpecanie, czy też zrobił to specjalnie dla mnie? I wszystko dlatego, bo zażyczyłem sobie skrócenia włosów o połowę. Nawet pogadankę miałem, że nie jestem już taki młody, włosy będą mi rosnąć może jeszcze z dziesięć lat, a potem łysinka. Cała rodzina czepia się i wywiera naciski na mnie z powodu włosów. Mam się czuć zaszczuty z powodu owłosienia? Przecież to niedorzeczne. Najwyraźniej Adam Jensen w zwiastunie nowego Deus Ex miał rację. "If you want to make enemies, try to change something."

No, ale kontynuując.

Dzień 5.

Urokiem mieszkania z moją siostrą jest fakt, że kiedy nie śpi, siedzi w łazience. Oznacza to, że trzeba szukać alternatyw, gdy potrzeba wezwie. W domu problemu nie ma, bo mamy pomieszczenie, w którym znajduje się sam WCet. Na wyjeździe jednakże, nie było tak kolorowo. Trzeba było przejść cały ośrodek do baru lub stołówki i nie miało się pewności, że miejsca te będą otwarte. Czasem zdarzało się, że maszerowałem do stołówki, na jeden koniec ośrodka, tylko po to, żeby pocałować klamkę. Wówczas robiłem w tył zwrot i biegłem na drugi jego koniec - do baru. O ile łazienka na stołówce była ok, to jej odpowiednik w barze przypominał drewniany wychodek. Gorszy nawet, bo nie można było się zamknąć od środka. Tak przynajmniej głosiła kartka wywieszona na drzwiach. Była zasuwka, lekko przycinała się, ale dałem radę się zamknąć. Chcąc wyjść, pociągnąłem za zasuwkę. Nie reagowała. Pociągnąłem mocniej. Dalej nic. Przyznam, że pocenie się ze stresu, siłując się z zamkiem w kiblu, nie było w moim planie na ten konkretny dzień. Uderzyłem w zasuwkę pod kątem i udało się. To samo musiał czuć Houdini po udanym przedstawieniu, pomyślałem. Jednakże nie ma zwycięstwa bez poświęcenia. Przyciąłem kciuk podczas wspomnianego manewru, przez co do końca wyjazdu chodziłem z plamą na jego czubku; wpierw czerwoną, a potem czarną.



To nie był ładny dzień. Pomimo braku słońca, nałożyłem na siebie te różne substancje i wraz z rodzicami poszliśmy na plażę. Ojciec zachęcał do kąpieli, kłamiąc, że woda cieplejsza jest od powietrza. Pomyślałem, że jeśli nie wejdę, to rodzice pomyślą, że moje słoneczne przygody zniechęciły mnie do morza. Woda była zimna; i w dodatku nieprzejrzysta. Ponadto ojciec uparł się, że głębiej nie wejdzie, a gdzie zabawa w siedzeniu na płyciznach? Dziesięć minut później siedziałem na leżaku owinięty ręcznikiem i w bluzie, dygocząc z zimna.


Popołudniem dowiedziałem się, że Lepper popełnił samobójstwo. Myśleliśmy, że to jakiś żart. Może zorganizowana akcja, mająca szokować, jak z tym blokowaniem autostrad.


W zespole złożonym ze mnie, mamy i siostry gruntownie zwiedziliśmy Ustkę. Część portową, deptak, część turystyczną, a potem, w pośpiechu, wróciliśmy lasem. W międzyczasie baby zdążyły się pokłócić o wodę. Z moją siostrą zawsze są niesnaski zakupowe. Siostra żądała zgrzewki. Matka ulega, znów, ale pod warunkiem, że siostra będzie nosić. To wystarczyło, aby uznała, że jedna butelka jej wystarczy. Czekając na rozstrzygnięcie tego konfliktu, zauważyłem wagony pociągowe, stojące na nieużywanym torze. Ktoś zmyślny przerobił je w przyczepy kempingowe. Obiecałem sobie, że następnym razem, gdy będę w Ustce, zatrzymam się w czymś takim.


Wszystko to dzieje się w momencie, kiedy zaczyna kropić, a gigantyczne, ciemne chmury, zbierają się nad nami, niosąc obietnice ulewy. Ojciec do mnie zadzwonił, pytając się gdzie jesteśmy, bo w ośrodku już pada. Za namową matki, wracamy przez las. Powiedziała, że to szybsza droga. Oczywiście, zgubiliśmy się niedługo po tym, jak mury Ustki zniknęły za naszymi plecami. Na rozdrożu jakiś facet polecił nam inną, wygodniejszą ścieżkę, zapominając wspomnieć, że jest to droga sceniczna. Odkryliśmy dzięki temu różne ośrodki, wszystkie brzydkie i niezadbane jak moja eks, oraz stację meteorologiczną, należącą do wojska. Minusem było to, że wróciliśmy w  przesiąkniętych ubraniach. Jakby składało się ze związanych, wilgotnych gąbek.


Wieczorem ojciec zasugerował, znowu, że powinienem sobie coś poderwać. Przy braku oczekiwanej reakcji, zaczął komentować moje życie towarzyskie, chwaląc się jednocześnie, jaką to on nie był wodzirejem za młodu. Powiedziałem mu, że więcej z nim nie pije. Jak na razie, obietnicy nie złamałem.

Tego dnia skończyłem "W 80 dni dookoła świata" i zabrałem się za "Autostopem przez galaktykę".

Nie rozumiem zachwytów nad twórczością Douglasa Adamsa. Jego fani porównują go do Pratchetta, mówiąc, że pisze równie zabawnym i ciętym językiem. Hasła promocyjne z okładki zachęcają do lektury, jeśli jest się fanem Monty Pythona. Z tych dwóch powodów przez długi czas myślałem, że tracę fantastyczną humorystyczną ucztę, której wszyscy zdążyli zaznać, prócz mnie.

Z wielką radością zasiadałem do pierwszej części cyklu. Powiem tak, jest momentami zabawna, ale kończy się idiotycznie. Narracja ciekawa z początku, z każdą kolejną stroną popada w coraz większe abstrakcje i nonsensy, które bardziej irytują niż bawią. Postacie są nieciekawe i przez kurs całej trylogii nie zmieniają się. Język, jakiego Adams używa, jest huśtawkowy. Czasem potrafi zadziwić trafnością i krytyką naszego świata, jednocześnie rzucić żartem, a czasem razi głupotą i bezcelowością, jakby czytało się wypracowanie niedorozwiniętego pięciolatka. Odnosi się to do wszystkich części "trylogii", z tymże pierwsza jest zjadliwa, druga też ujdzie, ale trzecia jest ogromnym kupskiem zapychającym kibel. Każda strona "Życia, Wszechświata i całej reszty" była drogą przez mękę. Jest tam dokładnie jeden żart, który jest wart uwagi. Reszta to marnotrawstwo papieru,  nie nadająca się nawet do podtarcia.

Brak komentarzy: