18 września, 2011

Negocjator.


Handlem się zajmowałem. Przez ostatnie pięć miesięcy szykowaliśmy mieszkanie pod wynajem, w końcu nadszedł dzień szukania klienteli. Od początku było wiadomo, że rodzice namaszczą mnie na ich przedstawiciela handlowego. Nie dopuszczałem tego do myśli przez grubo pięć miesięcy, ale ostatnie wydarzenia zmusiły mnie do zaakceptowania tego stanu rzeczy. Poniżej urzekająca historia nadająca się do Ewy Drzyzgi.

Kawalerka, którą wciskałem naiwniakom, jest całkiem niezła. Mógłbym tam mieszkać, lecz rodzice chcieli zrobić geszeft zanim mi ją oddadzą. Fakt, ciepła woda jest na bojler, netu i TV brak, piwnicy również, nie mówiąc o balkonie, loftach czy innych ekstrawagancjach, ale za to jest Tesco. To niweluje wszelkie minusy. Co więcej, na tej samej ulicy, nieco dalej, jest Carrefour. Ponadto w którą stronę by się nie jechało autobusem, trafi się do metra po około 4-5 przystankach. I nagle to mieszkanie staje się wymarzonym legowiskiem studenckim.

Większość interesantów, którzy oglądali kawalerkę było zachwyconych jej wykończeniem. Ładna jest, mówili. Potem dodawali: szkoda, że taka mała. Z tego pierwszego jestem dumny. Handel był utrudniony, bo ciężko mi było znaleźć pozytywne słowa o miejscu, w którym przez ostatnie pięć miesięcy spędzałem niemal każdy weekend, zapieprzając jak budowlaniec. Ale fakt, że nieznajomi z ulicy mówili, iż ładnie wyszła, niemalże sprawiało, że warto było.

Z początku chcieliśmy za kawalerkę 1200 zł miesięcznie. W ciągu tygodnia od wystawienia oferty miałem dwa telefony i żadnego umówionego na pokaz klienta. Potem obniżyliśmy wymagania do tysiąca. Mieszkanie poszło w dwa dni. Zwiedziło je dziesięć osób. W czwartek przyjąłem dwie delegacje, w piątek resztę. Oznacza to, że piątkowy wieczór, zamiast piwo pić przed serialem, spędziłem wciśnięty w marynarkę i koszulę, opowiadając o zaletach i wadach kawalerki. Siedziałem tam od 17:30 do 20:00. Ostatecznie dwie studentki zdecydowały się wynająć, za dwie godziny spotkanie w sprawie podpisania cyrografu mamy.

O wadach? Owszem, na przekór moim rodzicom, którzy chcieli, żebym o negatywach nie wspominał. Kwestia zasad. Poza tym, nie chciałem sytuacji, w której najemca zrywa umowę po kilku dniach przez jakiś detal, którego nie zdążył dostrzec. Jak np. to, że w oknach są rolety zamiast żaluzji. Rozmów bałem się jak cholera. Introwertycy nie należą do najlepszych negocjatorów. Proces okazał się jednak bezbolesny. Wprowadzałem klienta, intensywnie myśląc o utrzymaniu uśmiechu na twarzy, prosiłem, żeby się rozejrzał i w razie wątpliwości, pytał. Kończyło się i tak na tym, że opowiadałem całą historię mieszkania. Mówiłem o nowych meblach, wyposażeniu łazienki, o okolicy, sąsiadach, dojeździe czy też tym zainteresowanym - o umowie i płatnościach. Najważniejsze, żeby cały czas ktoś coś mówił. Gdy zapadała cisza, musiałem podjąć jakiś temat. Żeby nie zastanawiali się nad jedną rzeczą zbyt długo i żeby utrzymać ich zainteresowanie.

Z czasem było coraz lepiej, ale pierwsze spotkanie w czwartek było tragiczne. Były to, jak na ironię, dwie studentki pierwszoroczne, na stałe zameldowane poza Warszawą. Taktyki żadnej nie miałem. Pokazałem im mieszkanie, pogadałem trochę, potem się nie odzywałem, chyba, że miały pytanie. Było dużo przerw, w których mogły przemyśleć ofertę i zbyt dużo potencjalnych plusów zostało przeze mnie pominiętych. Nawet nie powiedziałem im o marketach w okolicy. Po tym jak wyszły, został mi kwadrans do kolejnego klienta. Zmieniłem podejście na to powyżej i tym razem interesant obiecał się odezwać, gdy się zdecyduje.

Swoją drogą, jedna z tych dziewczyn była bardzo fajna. Tak mi się spodobała, że zaproponowałem jej kawę i powiedziała, że chętnie poszłaby, gdyby nie była już zajęta. Moja walka z nieśmiałością trwa!

Rodzice chcieli też raz na miesiąc kontrolę robić najemcy, ale uznałem, że jest to agresywny pokaz braku zaufania, to raz, a dwa, osobiście nie wynająłbym mieszkania lub szybko z wynajmu zrezygnował, gdyby jakieś niezapowiedziane kontrole wchodziły w grę. Bo gdzie by to się skończyło? Kolejnym krokiem byłoby zostawianie kartek o treści: "Proszę nie dosuwać stolika do ścian, były niedawno odnawiane". Nie chciałem tego. Moje zadanie polegało na zachęceniu do wynajmu, a nie odstraszeniu. Obiecałem zatem, że z mojej strony żadnych wejść bez zgody dziewcząt nie będzie, i że mogą robić co im inwencja twórcza podpowie, w granicach rozsądku.

Mam nadzieję, że nie pokąsa mnie to po dupie.

Brak komentarzy: