05 stycznia, 2010

Chińska demokracja.

Dzisiejsza poranna doza kofeiny, pod postacią kawy rozpuszczalnej, miała posmak szamba. Zupełnie jakbym użył potu wyciśniętego ze swoich zużytych, wczorajszych skarpet do zalania tej imitacji "brązowego złota". Wypiłem połowę, wylałem i postanowiłem dziś już nie bawić się z Nescafe, pomimo, że praktycznie od liceum nie potrafię dnia przeżyć bez kubeczka wypełnionego kawą.

Oczywiście, zepsuło mi to nastrój i koncepcje na spisanie recenzji Avatara, którego widziałem w Imaxie (nie żebym się chwalił).
Zamiast tego zacząłem myśleć o chińczykach. Są jak jakiś rozwijający się wirus, ciągle pomnażający się i mutujący. Już teraz stanowią 1/3 ludzkości, a interesy robią z każdym. Czy wiecie, że skośnoocy kupują wszystko i wszędzie? Swój biznes prowadzą na każdym cholernym kontynencie, nawet w Australii. Dzięki rozwojowi ekonomicznemu mają powiązania z całym światem i kto wie, czy fala żółci nie zaleje nas za jakieś 20 lat, kiedy to ich gospodarka może stać się potężniejsza od amerykańskiej.
Wpierw kryzys gospodarczy, a teraz to. Coraz częściej zaczynam wierzyć, że kapitalistyczny świat finansowy porusza się jak dziecko we mgle, z obsraną pieluchą na tyłku, której nie ma kto zmienić. Dlaczego nie potrafią zrozumieć, że pieniądze to kurwa nie wszystko. Taki pierdolony banał powtarzany od stuleci, a oni dalej swoje. Niemcy przed wojnami światowymi też się przekształcały w ekonomiczne giganty.

Na marginesie, Unia Europejska przechodzi kryzys, bo integracja ekonomiczna była fajna, ale już przestaje starczyć, aby trzymać tyle państw, każdy o innych celach, razem.

Kurde. Kiepska kawa czyni ze mnie człowieka objawionego.

Brak komentarzy: