15 lipca, 2010

Lato w mieście.

Moje biuro przedstawia się dość żałośnie w czasie letnim. Grupka kompletnie styranych, pocących się osób, których jedynym ratunkiem jest wiatrak. Jeden na całe pomieszczenie. Kiepsko uformowane ciała, niczym zrobione z galarety, po uwalane na fotelach z czasów wczesnego polskiego kapitalizmu, próbujące wykonywać swoją pracę, lecz przegrywające (po dzielnej oraz mężnej walce, rzecz jasna) z gorącem i wysokim ciśnieniem.
Długie spodnie i cisnące buty ze skóry, które zgodnie z polityką firmy trzeba nosić niezależnie od pogody, pogłębiają poczucie uwięzienia, a nawet odseparowania od świata zewnętrznego.

Obserwując kolegę zza biurka, zauważam, że fałdy skóry na jego łysiejącej głowie okazały się wyjątkowo żyzne dzisiaj. Dziesiątki malutkich kropel leniwie spływa po jego twarzy, szyi i karku. W takich chwilach dziękuję ewolucji za natchnienie ludzkości do stworzenia antyperspirantu, ignorując ilość szkód, jakie wyrządziliśmy atmosferze po drodze.
Żeby uciec przed nieatrakcyjną rzeczywistością, uciekam oczami do okna. Oczami tylko, bo jest zbyt parno, żebym podnosił swoją szlachetność. Za szybą widzę drzewo, które dumnie unosi swoje gałęzie ku słońcu. Jego liście lśnią jakby były pokryte diamentami. Cienie i wiatr figlują na dzikiej trawie, rosnącej wokół drzewa, bawiąc się moją percepcją niczym chętna kochanka.

Widzę, jak jakiś idiota w Porsche z impetem wbija się w drzewo i wypada przednią szybą.

Fatality. Drzewo przechodzi do następnej rundy.

Brak komentarzy: