14 października, 2010

Wybór Sophii.

Nie wiem czy istnieje prawo Murphy'ego dotyczące picia w pracy. Jeśli nie – powinno się je wymyślić, jeśli tak - nie chce mi się go szukać. Choć przyznam, że stanowiłoby niezły tytuł dla niniejszego posta.

Od dawna nie miałem okazji spożywać w czasie godzin służbowych, co jest dość dołujące, gdy ma się świadomość, że w instytucji, w której pracuję, wódkę pije się na wiadra.


Cóż, ostatnimi tygodniami zajmowaliśmy/zajmujemy się organizacją międzynarodowej konferencji, przez  co brak czasu, by whiskey cichaczem dolać sobie do herbaty. W dodatku niedawno doszło do lekkich zmian kadrowych, przez co mam teraz za biurkiem nową koleżankę.

W związku z konferencją, moi szefowie (a mam ich sporo) latali mi po biurze, jakby byli u siebie, bardziej przeszkadzając w organizacji, niż pomagając. Szczęśliwie, teraz pojechali w cholerę, żeby osobiście nadzorować całe wydarzenie. To oczywiście ułatwiło ewentualne manewry. Co prawda zostawili jednego nad szefa na miejscu, ale i tak sytuacja nabrała bardziej pozytywnych barw.

Zostało tylko pozbycie się nowej koleżanki. Pół dnia zastanawialiśmy się, jak to zrobić. Była bardzo niechętna do współpracy. Ostatecznie udało się ją przekonać, że natychmiast trzeba kupić bilety kolejowe na pewien wyjazd, inaczej całe przedsięwzięcie padnie.

Tuż przed swoim wyjściem musiała jeszcze jedno pismo wydrukować. Oczywiście wówczas jej komputer musiał się zawiesić. I potem znów. I znów. Aż musiałem zainterweniować. Skurczybyk nawet nie chciał otworzyć pierwszego lepszego folderu bez zwisu. Potem okazało się, że popełniła błąd w owym piśmie i musiała poprawiać. Po wielu perypetiach, w końcu udało jej się wyruszyć w miasto. Nie tracąc czasu, zaczęliśmy się zabierać za butelkę i wtedy nad szef przypomniał sobie o naszym istnieniu. Zadzwonił, zapraszając jedną z moich uroczych koleżanek do siebie. Trzymał ją dobry kwadrans tylko po to, żeby wyjaśniła mu pewne niuanse języka obcego. Uratowaliśmy ją, informując nad szefa, że właśnie na linii jest stały współpracownik koleżanki i natychmiast musi dla niego coś ustalić.

Zamknęliśmy drzwi na klucz, gdy tylko wróciła, po czym rozłączyliśmy telefony, dzięki czemu znaleźliśmy chwilę spokoju, aby w końcu wypić to tanie wino. Wraz z kolejnymi łykami humor się poprawiał i zebrało się nam na rozmowy o duperelach; o beznadziejnych zarobkach; o idiotach nad nami; o kretynach między nami; o planach na przyszłość; i na koniec – o kolejnej butelce.

Niestety, zbliżał się koniec pracy, a przecież nikt nie będzie siedział po godzinach, nawet po to, żeby się napić.

Prawdę mówiąc, gdy większość szefostwa znajduje się poza murami mojego zakładu, to całkiem nieźle mi się pracuje.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

aż z uśmiechem czytałem te wasze poczynania o tym by ukradkiem coś wypić. :D
w sumie, przypomniało mi się jak jako jeszcze osoba niepełnoletnia ukrywałem się w nocy ze znajomymi przed stróżami prawa z butelkami 40% trunków. :D to były czasy!

Grimm pisze...

Takie kombinacje to esencja pracy biurowej :P

Jeśli kiedykolwiek będziesz pracować w biurze, szykuj się na powrót do przeszłości. Te wszystkie filmiki na youtubie pokazujące jak dziecinnie zabawiają się białe kołnierzyki podczas przerw między pracą to prawda ;)