26 września, 2010

Interpol.

Dawno nie pisałem o muzyce. Jakiś czas temu uznałem, że nie warto marnować śliny lub męczyć klawiszy, aby opisywać dźwięki. Nasza generacja ma ten komfort, że zawsze jest youtube, wrzuta i inne serwisy, dzięki którym nie trzeba, a nawet nie wypada, polegać na czyiś rekomendacjach. Najlepiej przekonać się samemu. Wyjątek postanowiłem zrobić dla Interpolu, dla którego równie dobrze mógłbym opuścić rodzinę (jedno słowo od Banksa i już mnie nie ma. W zasadzie żyję na walizkach), a który niedawno po raz kolejny zmienił wytwórnię i nową płytę wydał.

Najpierw trochę historii. Interpol powstał w latach 97-98, ale pierwszy album udało im się wydać dopiero w 2002 r. „Turn on the Bright Lights” był debiutem mocnym jak spirytus, nic dziwnego zatem, że po odsłuchu recenzenci wypisywali pijackie brednie, jak np. „album roku”, „zbawiciele rocka” etc. To samo co Leszczyński mówił każdemu w Idolu. Prasa (przede wszystkim internetowa) rozpisywała się o wieloznaczności, odwadze, i innych pierdołach, o których zawsze piszą, gdy jakiś debiutant weźmie ich z zaskoczenia. Oczywiście znalazło się miejsce dla typowych, kretyńskich porównań z „Ok Computer” Radioheada (bo unikatowy miks melancholii, mroku i romansu) czy „Closer” Joy Division (głównie ze względu na momentami ciężki materiał oraz głos Paula Banksa, który brzmi zupełnie jak Ian Curtis).

Niedługo potem wytwórnie filmowe kupiły kilka piosenek, celem wykorzystania w filmach i serialach. Twórcy „Sześciu stóp pod ziemią” poprosili nawet naszych grajków o stworzenie utworu specjalnie na potrzeby jednego odcinka.

Zaczęło się dla Interpolu niezwykle dobrze, co zawsze jest złą prognozą. Szczególnie jeśli po kolejnym albumie publika spodziewa się czegoś jeszcze lepszego.

Drugi krążek - „Antics” - został uznany za udaną kontynuację. Nie jakąś zachwycającą i z pewnością nie tak ambitną, jak debiut, ale i tak wszyscy byli zadowoleni. Szczególnie nastoletnie siksy, którym uginały się kolana, na widok muzyków Interpolu. Nasilenie się tekstów o charakterze miłosnym również mogło mieć tu znaczenie, jak i również większa lekkość oraz figlarność.

Świat uznał, że Interpol nieźle poradził sobie z „syndromem drugiej płyty” i zaczęło się wyczekiwanie na trzeci album. W międzyczasie zespół odszedł z wytwórni Matador, która do tej pory wydawała ich muzykę i przeniósł się do Capitol Records. Do tego istniejącego od 70 lat korporacyjnego molocha, w którym obok Foo Fighters można znaleźć MC Hammera i Kylie Minogue. Pieczę nad Interpolem Capitol powierzył człowiekowi o nazwisku Holmes, Dave Holmes. Manager o światowej renomie, którą zyskał dzięki prowadzeniu m.in. Coldplay. Holmes miał zająć się nakierowaniem Interpolu w stronę Franz Ferdinand i Coldplay właśnie, których albumy akurat w tamtym okresie sprzedawały się jak dziwki na Tajlandii. Co ciekawe, Interpol się nie sprzeciwiał, nawet pasowała im perspektywa powiększenia swojej publiki i zarobienia ciut więcej.

„Our Love To Admire”, bo tak się nazywa album numer trzy, był efektem wspomnianych starań pana Holmesa. Interpol brzmi na nim prawie jak stary Coldplay - tekstowo nudny i melodycznie przewidywalny. Wyjątki na płycie się znajdą, ale dwie piosenki nie ratują całości. Choć może przesadzam. Tu i ówdzie Interpol pokazuje interesujące chwyty, dzięki czemu nadal zachowuje swoją tożsamość. Tożsamość zakrytą brit-popową maską, ale jednak.

Sprzedaż chyba niebyła kosmiczna, bo Capitol współpracę z Interpolem przerwał. Przygotowania do kolejnego albumu nasi bohaterowie rozpoczęli zatem sami, po czym wrócili do Matadora.

I w ten sposób dochodzimy do najnowszego albumu - „Interpol”.
Czy powrót do poprzedniego wydawcy oznacza dla zespołu powrót do ciemniejszych brzmień i większej różnorodności? Tak.
Czy zatem mamy do czynienia z kolejnym świetnym albumem, po nieatrakcyjnym średniaku? Nie.

Zacznijmy od tego, że pod względem końcowych wrażeń jest podobnie do „Our Love to Admire”. Gdy po ostatniej piosence wyłączycie odtwarzacz, w głowie zostaną wam może dwie piosenki. A i to nie jest pewne. Całą resztę zakwalifikujecie jako tło do przeglądania nowinek w sieci lub nie wiele wart szmer.

Szkoda, bo teksty na „Interpol” poruszają ciekawą i rzadko podejmowaną tematykę. Już na otwarcie zespół mierzy się z kwestią sukcesu i z tym jak jego osiągnięcie zmienia człowieka. Co zostaje, gdy krytycy wychwalają, pieniędzy w bród, a żądza zwycięstwa została zaspokojona? Pustka, na której wypełnienie nie ma się pomysłu. Zaczyna się błądzić po bezdrożach, szukając nowego celu. Błąkamy się zatem z Interpolem przez cały album. Po drodze mijamy zgubną chciwość, kłamstwa i oszustwa. Mamy dylematy sercowe, porzucenie i rozczarowanie. Pod koniec pojawia się uczucie niekończącego się krążenia w kółko, bez jakiejkolwiek nadziei na znalezienie drogi do domu.
Wraz z ostatnimi pozycjami na playliście wypełnia nas bezsilność i zmęczenie. Interpol gra od niechcenia. Zupełni jakby w noc przed nagraniem mieli mocno zakrapianą imprezę, a skoro już opłacili wynajem studia nagraniowego, to muszą zagrać, żeby funduszy nie marnować.

Ostatni utwór brzmi zresztą, jakby mieli już dosyć. Ma się wrażenie, że to wczesna i niedopracowana wersja, robiona na odpierdol. Ktoś krzyknął „to ostatni numer na dziś, skończmy to w końcu i chodźmy do domu”. W sumie można to powiedzieć o całym albumie.

Koncept IMHO jest fantastyczny. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem próbę stworzenia albumu o pustce związanej z osiągnięciem sukcesu i wypaleniu. Problem polega na tym, że Interpol rzeczywiście się wypalił. Pieprzy cały koncept stawiając na nieciekawe i sprawdzone już wcześniej melodie (niektóre kawałki wydają się mocno inspirowane wcześniejszymi osiągnięciami zespołu).

Gdzieniegdzie również można usłyszeć w słowach Paula Banksa echo kryzysu gospodarczego.
Niemal każdy utwór można pod tym kątem zinterpretować. Choć z drugiej strony, niemal każdy utwór pasuje też do trudnej miłości.
Nigdy nie byłem dobry w interpretacji. Zabawę w analizę tekstów sobie darowałem po tym, jak się okazało, że „Paranoid Android” Radiohead jest tak naprawdę o upadku Imperium Rzymskiego.

To zmęczenie, wypalenie i ogólna marność bijąca od „Interpol” niezbyt pasuje mi do wizerunku Interpolu. Zawsze ich kojarzyłem z innym imydżem. Dla mnie byli tymi eleganckimi cwaniaczkami, którzy wpadają na imprezę samotnie, a wychodzą w towarzystwie kohorty dam. Byli tymi, którzy nie dość, że odbiorą ci dziewczynę i zrobią z niej swoją seksualną niewolnicę to jeszcze, potem gdy zacznie się buntować, każą jej spieprzać. Na „Interpol” natomiast są tymi zdradzonymi i przybitymi, którzy czekają na powrót swojej niewiernej kochanki ze świadomością, że właśnie w tej chwili baluje w najlepsze z jakimś młodym ogierem.

To nie jest ten sam Interpol, co kiedyś. I pomimo tego, że obracają się wokół tych samych tematów co na pierwszych dwóch płytach, recenzowany album znacząco różni się od debiutu.

„Interpol” w znacznej większości jest powolny, dołujący i nudny. Większość piosenek brzmi jak bezsensowny wypełniacz. Co prawda odbiór albumu polepsza się z każdym kolejnym słuchaniem (coraz więcej smaczków się wyłapuje, teksty nabierają innego znaczenia) ale jest to polepszenie dość nieznaczne. A może po prostu dramatycznie staram się znaleźć plusy w dość kiepskim tworze jednego ze swoich ukochanych zespołów.

Na równi z poprzednią, innymi słowy. Nie polecam, chyba że już się jest fanem Interpolu.

Brak komentarzy: