30 grudnia, 2008

"Mam wrażenie jakbym mieszkał w dolnej połowie klepsydry."

"Jakby mój czas dobiegał końca."
"Jakby grzebano mnie żywcem."
^Wyrwane z kontekstu słowa spisane przez Chucka Palahniuka w "Udław się". Dokładnie obrazują to jak się czuję za każdym razem, gdy zbliża się nowy rok, albo moje urodziny. Po co cieszyć się z okazji mijającego czasu i faktu, że z każdym oddechem zbliżamy się do końca drogi?
Nieco może i fatalistyczne, ale od kiedy skończyłem liceum to zawsze mnie owe myśli nachodzą na kilka dni przed tym jak mi się przypomina jak stary już jestem, i w zasadzie powinienem już się czymś na poważnie zająć w życiu oraz gdy szykuję się do wymiany kalendarza ściennego.
Oczywiście zaraz potem zalewam się w trupa i przypominam sobie, że to tylko takie filozoficzne popierdułki, którymi nie należy się przejmować, bo kto wie, czy przypadkiem po drugiej stronie, o ile ona istnieje, nie jest przypadkiem lepiej.
No, tak czy owak, szczęśliwego nowego roku :)
i tak btw. dziś update partyzancki. Nadaję z pracy ;) Jest to kolejny akt mojej walki z biurokratycznym systemem. Wcześniej udanie zsabotowałem odbiornik radiowy, w taki sposób, by nie nadawał Radia Eski.
Co prawda zwycięstwo pod tym względem było połowiczne, bo teraz z głośników wykrzykuje disco italiano z lat 80, czyli Radio Złote Przeboje, no, ale nie od razu Rzym zbudowano. Od czegoś walkę o wyzwolenia dusz z mojego wydziału z tego letargu biurowego trzeba zacząć :)
A, muzyka. Wczoraj wgrana, w czasie operacji nocnych.
Santogold - "Lights Out". Generalnie, bardzo miłe zaskoczenie. Nie spodziewałem się, że jej album mi się spodoba. W zasadzie mi się nie podoba za wyjątkiem tego numeru i "L.E.S Artistes", ale i tak, to o dwa więcej niż się spodziewałem.
Dead Kennedys - "Holiday In Cambodia" w klasyce. Rozpierdala.

28 grudnia, 2008

Narzekanie poświąteczne.

I po świętach. Mam nadzieję, że Mikołaj dopisał. Ja, w każdym bądź też razie ze swoich zdobyczy jestem zadowolony. Ponieważ cały świat się skoncentrował na obżeraniu się słodkościami, robieniem sobie dobrze i oglądaniem telewizji, zupełnie jakby chciał się wyleczyć z kompleksów, miałem czas na dokończenie paru książkowych zaległości.
"Udław się" Palahniuka, rządzi. Nie tak bardzo jak "Fight Club", czy "Survivor", ale i tak rządzi. Godny polecenia byt książkowy, opowiadający o seksoholiku, który każdym możliwym sposobem stara się zwalczyć w sobie wszelkie aspekty dobroci. Jak zwykle u Palahniuka, pokrętni bohaterowie w dziwnych sytuacjach, które polegają głównie na niszczeniu porządku i zasad, które rządzą obecnie naszą cywilizacją. I zwiastun nadchodzącej adaptacji widziałem.
Zapowiada się świetnie.
"Ronin" w końcu ukończony. Pół roku się za to zabierałem. Czytałem jaka to jest kwintesencja umiejętności Millera, jeśli chodzi o prowadzenie fabuły, jaka to historia opowiedziana przez Franka jest wieloznaczna, wielowątkowa, międzykulturowa, ponadczasowa, istne kurwa arcydzieło! etc.
Okazało się to zwykłym waleniem gruchy przez fan boyów tego autora, niczym więcej.
"Ronin" jest ok. Nie jest nadzwyczajny, nie jest głęboki, nie stara się nawet być, kreska nie jest rewolucyjna. Nic ponad przeciętność.
Zajebisty ten komiks może się wydać tylko osobom, które określają serię X-Men słowem "super".
Miller jest, jak dla mnie, mocno przereklamowany, tak ogólnie. "Sin City" mu się udało, fakt, ale cała reszta, wliczając "The Dark Knight Returns" (sequel do tego stworzony, przez samego Millera zresztą, to już jeno czyste łajno) i "Batman: Year One", a przede wszystkim "300", są dobre, ale z pewnością nie są szczytem komiksowego wzgórza, jak to "koneserzy" komiksowi przedstawiają.
W czasie pomiędzy świętami, a nowym rokiem, muzyczkę proponuję taką:
Belle and Sebastian - "Lazy Line Painter Jane", takie plumkanie, może być do kotleta, o ile jeszcze są osoby, które po tym kilkudniowym festiwalu żarcia mogą spoglądać na jedzenie bez odruchów wymiotnych.
Motörhead - "Ace Of Spades", bo kurwa tak! Dawno Motörheadów nie słuchałem i jakoś tak mnie wzięło. Jeden z niewielu zespołów z moich lat licealnych, za które autentycznie nie jest mi wstyd, że ich słuchałem (w przeciwieństwie do Judas Priest dla przykładu).
No to do następnego. Nie składam życzeń z okazji nowego roku, bo jeszcze planuję wcisnąć jeden wpis przed jego nadejściem.

23 grudnia, 2008

Sto lat, Dżizus.

Najlepszego z okazji świąt bożego narodzenia 'n' shit.
Życzenia zdrowia i mile spędzonego czasu w gronie rodzinnym przesyłam wszystkim, niezależnie na wiek, kolor skóry, płeć, wyznanie religijne, preferencje seksualne i takie tam, wraz z towarzyszącym mi właśnie Zbigniewem.
Z wyjątkiem pieprzonego dozorcy. Nie ma to jak pójść na łatwiznę, tłumacząc się brakiem czasu, ze względu na szykowania żarcia do świątecznego koryta i nie odgarniać wejścia do budynku z cholernego błota spływającego z placu budowy.
Potem taki bogu ducha winny człowiek, wracając z pracy się wypierdala o ślizką maź i ma całe spodnie, od razu w zestawie z kurtką i butami w gównopodobnej substancji.
W te święta życzę ci śmierci, cieciu. Wiedz o tym.
Kącik muzyki świątecznej przedstawia:
Vince Guaraldi Trio w klasyce. "Christmas Time is Here".
Nick Cave & The Bad Seeds w nowościach. "Jesus Of The Moon". Jak ktoś jeszcze sobie nie sprawił ich nowego albumu - Dig, Lazarus, Dig!!! - czas najwyższy to nadrobić.

22 grudnia, 2008

"Tańczyłaś kiedyś z diabłem przy świetle księżyca?"

Koleżanka wyszła za mąż. Kim ona jest, z kim się związała i jak ten cały proces się toczył to sprawa drugorzędna. Choć uważam, że za szybko się zdecydowała na ślub, bo przyjęła ofertę udania się na ślubny kobierzec w wieku dwudziestu jeden lat. Poza tym, ten typ jakiś taki brzydki jest. I niezbyt inteligentny. No, ale skoro ona nie wybrzydzała to ja tym bardziej nie mam zamiaru.

Ważne jest to jak to na mnie wpłynęło.

Otóż, sprawiło to, że zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem po drodze nie popełniłem błędu. Gdybym utrzymał mój poprzedni związek, zamiast go z niekłamaną przyjemnością zdemontować, to teraz pewnie załatwiałbym sprawy weselne. Aranżował spotkania negocjacyjne pomiędzy moją rodziną, a wrogim obozem. Informował znajomych, że mają się stawić w dniu takim i takim, o godzinie owej, a nie o innej, bo jak się spóźnią to bez wódki cały wieczór przesiedzą. To wszystko byłoby preludium do stawienia się w maju przed urzędnikiem państwowym razem z moją niedoszłą kobietą i zadeklarowania chęci bycia z nią do końca.

Aż do wygaśnięcia ostatniej pierdolonej gwiazdy.

Wystarczyłoby wytrzymać jej niewolnicze rządy jeszcze przez chwilę i być może zaznałbym rodzinnego szczęścia, ciepła domowego ogniska i innych tym podobnych pierdół.

No chuj. Tak też bywa.

I ten optymistyczny akcent prowadzi mnie do zaprezentowania kolejnych utworów, które na wrzucie w mym profilu można znaleźć:

Zbigniew poleca na dziś to zespół Clap Your Hands Say Yeah i jego "Satan Said Dance", czyli coś co branża muzyczna nazwała "indie-dance". Utwór wielce interesujący, bo twierdzi, że w Piekle Szatan zmusza potępione dusze do tańca ;)

Muzyka do nucenia pod prysznicem to "Kiss" Prince'a.

21 grudnia, 2008

Fabricate Diem. Punc.

Po zastraszającej liczbie dwóch pozytywnych wpisów, wracam do bycia zgryźliwym tetrykiem. Tak też bywa. Cóż, wszystko się kiedyś kończy.

A powód? Fallout 3.

W końcu "dojrzałem" na tyle, by tą grę ocenić w miarę obiektywnie, nie kierując się emocjami, nostalgią i tym całym innym gównem, jakie mają na człeka wpływ, gdy opisuje kontynuację rzeczy, która go ukształtowała za młodu.

Od razu mówię, że nie będę o tym tytule pisał w samych superlatywach, jak kwiat "profesjonalnego" polskiego dziennikarstwa, czyli redaktorzy z CDA czy Playa, którzy ekscytują się byle czym, z byle powodu i wytryskują hasłami "gra roku" zanim w ogóle dojdą do podsumowania.

A zresztą, powyższe zdanie można zastosować do wszystkich większych premier, jakie miały miejsce w ostatnich latach. Takie czasy, teraz albo wszystko jest przezajebiste, albo do dupy. Ale w większości przezajebiste. Przynajmniej jeśli o gry chodzi. W typowym magazynie, nie ograniczając się tylko do kraju naszego mamy kilka recenzji, w których oceniający piszą, że "oto mamy murowanego kandydata do tytułu roku" i stawiają "8-9/10", mamy niewielką ilość gier ocenionych na średnie ("5-7") i jeden - dwa tytuły słabe ("1-4").

Żeby nie być gołosłownym - listopadowy CDA ma 7 recenzji opisujących "gry roku" (w tym Fallout 3 - rpg roku, Dead Space - horror roku, PES 2009 - sportowa roku, Red Alert 3 - strategia roku i Pure - wyścigi roku), cztery recenzje produktów średnich i jedną grę skrajnie złą. I tak co miesiąc.

Z czego to wynika? Z niekompetencji? Z przechodzenia gier "na szybko", tak, że ocenia się tylko "pierwsze wrażenie"? Z nieumiejętności zrozumienia, że oceny 8-9 powinno dawać się tytułom prawdziwie wyjątkowym, a żeby gra była godna oceny "10" to sam Jezus powinien ją zarekomendować i powiedzieć "oto ciało moje, grajcie i cieszcie się" przy akompaniamencie chórów anielskich? A może po prostu recenzenci chcą się przypodobać wydawcom, żeby otrzymywać od nich jakieś "prezenty"? A może wszystko na raz?

Co tłumaczy zapotrzebowanie na krytyków pokroju Yahtzee'go, który nieco przejaskrawia negatywne aspekty gier, po czym z tych wad się nabija.

Ten trend do przesadzania i nadmiernym podniecaniem się danym tytułem skutecznie mnie odstraszył od zakupów pism o grach dla recenzji i tekstów. Teraz kupuje tylko dla dodatków.

Tyle słowem wstępu, teraz zdań kilka na temat Fallout 3 :)

Nie jest zły.

Co prawda moi "współzałoganci" z JRK's RPGs pastwią się nad tym tytułem bezlitośnie, wskazując na każde, nawet najdrobniejsze niedociągnięcie i pisząc jak ta trójka w nazwie jest szczytem bezczelności ze strony Bethesdy, hańbą etc., ale moje zdanie w tej materii jest nieco inne. To znaczy, zgadzam się ze wszystkim co napisali, jeśli chodzi o wady, czyli beznadziejna główna oś fabularna, nędzne dialogi, żałosna końcówka, świat gry czasem wręcz bijący swoją bezsensownością, czy niedopracowana walka, ale nie pozwólmy, żeby te minusy przysłoniły nam plusy. Rewelacyjny jest tutorial, znakomita jest eksploracja terenu, Schronów w szczególności, no i V.A.T.S, pomimo swojej powtarzającej się natury, daje dużo radochy. Czyli mamy taką sobie gierkę, która mogłaby być znacznie lepsza, gdyby tylko usiąść i przemyśleć pewne sprawy.

Aha, i ja najchętniej ukrzyżowałbym pana Todda Howarda za to, że tuż przed premierą pierdolił o ponad dwustu zakończeniach, a ostatecznie jest jedno, z trzema wariacjami. Nie polecam, ani nie odmawiam do kupna/kradzieży/czegoś innego. W ogóle do niczego nie namawiam.

Z innych wieści, ostro się za Palahniuka wziąłem. "Udław się" właśnie przerabiam, a "Dziennik" już na mnie czeka. I jeszcze doczytałem do końca "Rzeźnię numer 5" Vonneguta zanim się znowu poddałem palahniukowemu nihilizmowi, co mnie cieszy, bo przynajmniej o jedną rzecz niedokończoną mniej na liście, na której jak na razie jest "Ronin" Millera i "Amerykańscy Bogowie" Gaimana.

I po tej całej katordze związanej z przygotowaniem się do egzaminu z prawa gospodarczego (poszło nieźle, dziękuję, że pytacie) okazało się, że za dwa tygodnie mam 3 kolejne zerówki. Super.

A, zapomniałbym, muzyczka.

Deerhunter - "Nothing Ever Happened", od Zbigniewa. Nie wiele wiem o tym zespole, ale ponoć głowa stojąca za nim to wielki kumpel Reznora.

Otis Redding - "(Sittin' On) The Dock Of The Bay". W prysznicowej klasyce.

18 grudnia, 2008

Pozytywnie nadal.

Próby bycia pozytywnym ciąg dalszy.
Parę słów na temat trylogii Bourne'a napiszę, jako odpowiedź na te setki tysięcy pytań przez Was wysłanych do mnie drogą listową i mailową, z zapytaniem, jakie filmy uważam za dobre, skoro po wszystkich tak jeżdżę.
Zaczniemy nietypowo, od podsumowania.
Jak dla mnie James Bond jest trupem. Teraz tylko, żeby znalazł się ktoś kto by miał wystarczająco duże jaja, żeby srać na jego fandom i przeturlać go do rowu, po czym zasypać ziemią i wbić krzyż drewniany.
Filmy o Bournie niszczą każdy film z postacią Iana Fleminga jaki do tej pory widziałem. Mamy tu pieprzoną kwintesencję doskonałego, inteligentnego kina akcji.
Nota na koniec o muzyce, którą we wszystkich częściach skomponował John Powell. Jest absolutnie znakomita. Ale działa tylko z filmem, gdzie zdecydowanie pogłębia doznania płynące z ekranu.
Doświadczenie to można porównać ze stosunkiem z najpiękniejszą, najbardziej niesamowitą kobietą na świecie jednego wieczoru, a następnego wieczoru podążać drogą Onana, przypominając sobie poprzednią, dziką noc. Słuchając tego soundtracku nie mając kadrów z filmu przed nosem po prostu obniża jego jakość i przyjemność.
Choć zapewne coś na wrzucie się znajdzie niedługo.
Ultimatum Bourne'a, część ostatnia przygód szukającego swej tożsamości agenta, jest szczytem tego całego trendu, sięgającego późna XX wieku, kiedy to filmowcy uznali, że kręcąc z ręki i uzyskując efekt quasi-dokumentalny lepiej oddadzą napięcie i niepewność, które chcą przedstawić. Do nakręcenia Ultimatum, tak jak w przypadku Krucjaty zresztą, wykorzystano tylko i wyłącznie hand-heldy.
Jeśli dodamy do tego fakt, że akcji na ekranie jest tyle, że starczyłoby jej na kolejne dwa filmy i w zasadzie jest obecna na ekranie nieprzerwanie (z krótkimi, 3-4 minutowymi przystankami na złapanie oddechu) to dostajemy istny rollercoaster, który swoją intensywnością może przyprawić o mdłości mniej wrażliwych.
Fabuła może i nie jest wyjątkowo odkrywcza, postacie nie są wybitnie zagrane, ale nie o to tutaj chodzi. To nie Ryszard III. Aspekty techniczne, jak montaż, oświetlenie czy dźwięk, doprowadzone są do perfekcji.
Co tu dużo mówić, jeden z najlepszych filmów roku 2007.
Krucjata Bourne'a, będąca środkową częścią trylogii, jest najgorsza. Najważniejsze wątki pokończyły się w Tożsamości i trzeba było coś nowego rozkręcić. W dodatku brytyjski reżyser - Paul Greengrass - miał po raz pierwszy w swej karierze do czynienia z wysoko budżetową produkcją, nie dziwne, że popełnił trochę błędów. Na szczęście wyrobił się na Ultimatum.
Krucjata przedstawia nieco naciąganą historię (wiem, wszystkie są naciągane, ale tutaj to się odczuwa podczas oglądania), bo jakoś trudno uwierzyć, że co poniektórzy wciągnęli Bourne'a z powrotem do akcji, tylko po to, by grał rolę kozła ofiarnego.
Przecież to Jason Bourne. Jak Jezus, tylko zupełnie inaczej. Dopadnie każdego i wszędzie, śladu po sobie nie zostawiając. Jeśli akcja któregoś filmu z tej trylogii rozgrywała się w święta, to opierdoliłby mleko i ciasteczka pozostawione przez jakieś naiwne dziecię dla Mikołaja i nie zostawiłby po sobie nawet okruszków. Taki jest zajebisty.
Wracając do Krucjaty. Dobra rzecz, ale nie wybitna. Za wyjątkiem pościgu samochodowego w końcówce, który jest punktem kulminacyjnym tej części. Wgniata w fotel po prostu. Jedna z najlepszych tego typu scen w dziejach kinematografii.
Tożsamość Bourne'a, czyli luźna adaptacja powieści Ludluma (Krucjata niby też, ale jest tak zmieniona pod względem do oryginału, że nie zaliczyłbym jej do adaptacji). Poprzednia ekranizacja, z napalonym księdzem z Ciernistych Ptaków Krzewów, czy jakoś tak, prywatnie nieżyjącym gejem - Richardem Chamberlainem - w roli głównej, była kupą. Dobrze, że zmieniono tło na współczesne, postjedenastowrześniowe, z Wietnamskiego. Tożsamość na tle Ultimatum wypada blado, lecz jest ciut lepsza od Krucjaty, ale tylko i wyłącznie dlatego, że jest pełniejsza pod względem fabularnym. Technicznie, późniejsze filmy spod ręki Greengrassa, przebijają twór Douga Limana.
Więc proszę, to są dobre filmy rozrywkowe.
Z innych wieści, na JRK's RPGs pojawiła się kolejna recenzja mojego autorstwa, tym razem dotycząca stareńkiej gry Blood Omen: Legacy of Kain, jak zwykle przyjęta owacyjnie przez wszystkich odwiedzających tą stronę, o czym można się samemu przekonać wchodząc na nią i czytając moje wypociny ;)
Pozytywnie również w dziale muzycznym:
Radosna pieść o miłości, uroczej francuski polskiego pochodzenia, Drodzy Państwo, przedstawiam SoKo i jej utwór "Wet Dreams". Eee, znaczy, Zbychu przedstawia.
Pełna miłych wibracji jest również klasyczna piosenka The Primitives o nazwie "Crash" (wersja z 1995 r.).
No!

17 grudnia, 2008

Pozytywne myślenie jest rezultatem życia, które jest nastawione na doskonalenie siebie samego ble ble ble.

Się uczę właśnie do zerówki z prawa gospodarczego, która mnie czeka w niedzielę o godzinie 16:30 w Auli nr.2. Lokacja ta potrafi pomieścić około 300 studentów. Liczba, która łączy się z ilością pytań testowych przesłanych nam, studentom toku V, przez Panią Profesor, byśmy sobie opracowali na nie odpowiedzi, a z których Pani Profesor wybierze 20 na egzamin.
Innymi słowy, mogę poprosić Billa Medleya i Jennifer Warnes by zaśpiewali mi "The Time of My Life".
Oczywiście, stres wywołany zbliżającym się sprawdzianem mojej wiedzy powoduje, że staram się zająć czymkolwiek, tylko nie nauką. Taka natura studenta najwyraźniej.
W ten sposób dochodzimy do dzisiejszej aktualki. Wpisu, do którego namówił mnie Zbigniew. Współprowadzący tegoż bloga osobnik, w rozmowie, jak najbardziej prywatnej, zwierzył mi się, że nie podoba mu się nadmiar negatywnej energii, która zgromadziła się na stronach Podwójnego Cienia. Cholerny Zbigniew Nowak się z niego zrobił.
Ponoć cały czas tylko pieprzę jak mi jest ciężko/źle/niedobrze. Lub omawiam rzeczy beznadziejne, którymi żadna normalna osoba się nie interesuje. Tak to już jest, że gówniany produkt zostaje mi dłużej w pamięci. Enyłej, przez następne kilka up'ów postaram się, by było pozytywnie zatem.
Na pierwszy ogień lecą książki Chucka Palahniuka. "Fight Club" i "Rozbitek".
Czyta się je szybko i przyjemnie. Dowodem tego jest fakt, że przeczytanie obydwu zajeło mi 5 dni.
W przypadku "Podziemnego Kręgu", film jest może lepiej zrobiony, bardziej inteligentnie, z lepszą końcówką; książka za to jest bardziej mroczna, z opisami, które drastycznością przebijają nawet najbardziej brutalne sceny z ekranizacji (chociaż to może po prostu moja wyobraźnia).
Podróż narratora w stronę samozniszczenia, celem uwolnienia się od świata materialnego i zmiany swojego życia jest równie fascynująca na stronach powieści, jak i na kadrach adaptacji Finchera.
Polecam jak najbardziej, szczególnie osobom, które nie są zadowolone ze swojej pracy oraz ludziom, którzy pieprzą system. Czyli, w sumie wszystkim za wyjątkiem kur domowych ;)
"Rozbitek" natomiast to po prostu mistrzostwo. Od pierwszych stron wciąga jak spiralny wir pośrodku oceanu albo jak przebijanie pęcherzyków powietrza na folii bąbelkowej.
Zaczyna się od tego, że główny bohater - Tender Branson - porywa Boeinga 747, którym planuje się rozbić w bezkresach Pacyfiku. Ma jakieś 5-6 godzin do momentu, kiedy silniki maszyny się zatrzymają z powodu braku paliwa. Tender wykorzystuje ten czas, by przelać swoją spowiedź na czarną skrzynkę.
Podróż jaką odbywamy z głównym bohaterem jest pełna czarnego humoru, przeróżnych rodzajów prowokacji, surrealistycznych zdarzeń i szalonych postaci.
Przez tą książkę właśnie musiałem pisać wyjaśnienie w pracy, dlaczego się spóźniłem. Oczywiście, że zwaliłem na korki. Kto rozsądny by napisał, że dlatego, bo siedział do 3 nad ranem czytając?
Palahniuk zaskakująco szybko staje się jednym z moich ulubionych pisarzy.
Aha, jeśli się zastanawialiście kiedyś, co może postawić człowieka na nogi i uchronić przed utratą świadomości w pracy, gdy ma za sobą 3-4 godziny snu, odpowiedź jest prosta - mocna kawa, w dużej ilości. Albo amfetamina, ale akurat tego jeszcze nie próbowałem.
Muzyka przygrywająca na wrzucie w dniu dzisiejszym to:
Fleet Foxes - White Winter Hymnal, od Zbycha.
The Flamingos - I Only Have Eyes For You, ode mnie. Wiem, wiem, nikt nie zna z nazwy. Spokojnie, puścicie to rozpoznacie tą nutę, choćby z setek reklam w jakich się pojawiła :)