Tak więc poszukuję nowej uczelni. Jak ktoś ma jakieś sugestie to proszę bardzo, bo ja nie mam pojęcia co dalej chcę robić. Kontynuować swą podróż w beznadziejnie nudną europeistykę czy też spróbować czegoś nowego.
Jutro mam egzamin na SGH, który pewnie obleję, bo trzeba dobrze na ekonomii się znać i wiedzieć np. co jest głównym towarem eksportowym miasta Dębica (opony? nie, to za łatwe by było) a następnie będe liczyć na to, że na UW mnie przyjmą w drugiej turze składania dokumentów, która wypada na koniec sierpnia (skurczysyny z warszawskiego wymyślili sobie, że dokumenty chcą od razu, a ja kawałek papieru potwierdzający moją wszechstronną wiedzę zdobytą w żałośnie słabej, prywatnej uczelni dostanę za jakieś 1,5 miesiąca). A tak to nie wiem.
Moja brać studencka, która razem ze mną broniła Częst... licencjatu, raczej preferuje prywatne uczelnie znajdujące się na pograniczu Warszawy ze wsią, więc zapewne po rozdaniu dyplomów nieprędko ich zobaczę ponownie. O ile w ogóle.
No i, za przeproszeniem, chuj wziął moje planowane życie jako singla. Zdałem sobię sprawę, że nie potrafię niestety, jak mój kolega, który wielbi się przechwalać o swych podbojach, zmieniać dziewczyn co wieczór. I nawet nie chodzi o to, że nie jestem odpowiednio wyposażony pod względem urody, żeby takich rzeczy dokonywać. Po prostu dla mnie to nie działa w ten sposób. Nawet nie potrafię tego dostatecznie jasno wytłumaczyć, lecz żywię nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi. Co do muzyczki na dziś. Musiałem ze Zbigniewem ostro się wysilić i coś wykombinować, bo niestety ostatnio cały czas Jamiroquai'a katuję (kumpel zaraził) i Bjork (sam z siebie, jakoś tak wyszło), więc wyjątkowo utwory powyżej nie reprezentują tego czego w chwili obecnej słucham, ale i tak są w pytę.
30 czerwca, 2008
29 czerwca, 2008
Jutrzejszy błękit.
Insomnia pełną gębą. Obudziłem się o 4 nad ranem, serce pędziło mi jakby brało udział w wyścigach. W zasadzie to jeszcze teraz czuję, że bije szybciej niż zwykle. To musiał być fascynujący sen, pełen pasji i uczucia. Zakładając, że miał w ogóle miejsce. A teraz coś z zupełnie innej beczki "Życie". Obiektywna recenzja. "Życie" jest najbardziej beznadziejną rzeczą jaką zdażyło mi się przeżyć. Od początku do końca. W kwestii fabuły, nic co się dzieje nie ma sensu, tak jakby ktoś stwierdził, że oto mamy całkiem dobry materiał przed sobą, a potem zaczął dorzucać losowo przeróżne pierdoły w dziwny i niewyjaśnialny sposób. "Życie" jest przykładem złego wykorzystania edycji. Nie wiem kto za to odpowiadał w tym przedsięwzięciu, ale spartolił robotę. Co chwila znajdują się momenty, z których aż wypływa nuda i nic się nie dzieje, naprawdę nie można byłoby uciąć choćby kilku minut w takich sytuacjach? Przez to oraz przez inne mankamenty jak np. gdy mamy wątpliwą przyjemność słuchania kolejnej konwersacji o tym samym, powoduje, że "Życie" ciągnie się niemiłosiernie. Postacie są w znacznej większości nieciekawe, które co chwila potwierdzają znane wszem i obec stereotypy. Całość wydaje się być przygotowana "na szybko" bez wyznaczonego jakiegoś konkretnego kierunku. Jest to prawdopodobnie jedyny przypadek w całym mym recenzenckim życiu, gdy rekomenduję opuszczenie seansu.
* gwiazda z ******
28 czerwca, 2008
The Reality Principle
Zbych wygrzebał z czeluści moich dysków "Bohemian Like You" Dandych Warholsów, a ja prezentuję zapomniamną nieco grupę "Love"(ponoć ulubiona kapela Jima Morrisona) i ich "The Red Telephone". Dziś typowo blogowo, ze względu, że jestem styrany po wczorajszym. Ech, nie ma to jak czasem spotkać się ze znajomymi, obejrzeć filmik, popić, a potem przez całą noc, aż do wschodu słońca oglądać teledyski :) I jak zwykle, kurde jak ktoś mnie prosi o radę w czyms niezwykle ważnym, to jedyne co mogę zrobić to wyobrazić sobie siebię w pozycji tej osoby i myśleć jak ja bym rozwiązał daną sytuację. Przez to zazwyczaj moje rady nadają się do rozbicia o kant dupy. Enyłej, powodzenia. A dla reszty - udanego weekendu.
27 czerwca, 2008
Most people gaze neither into the past nor the future. they explore neither truth nor lies. they gaze at the television.
Ciemny ekran telewizora nagle rozbłysł całą gamą kolorów.
"Co jest...?" - pomyślałem na głos.
"Czy jesteś zdołowany?" - łagodnie zadźwięczał telewizor.
"Nie, niekoniecznie" - odpowiadając usiadłem na pobliskim fotelu, po czym poprawiłem poduszeczkę pod tyłkiem.
"Może czujesz się samotny? Sfrustrowany? Zestresowany?" - kontynuował.
"Utknąłeś w beznadziejności świata, zupełnie odcięty od ciepła innych?"
Im dłużej mówił tym bardziej ja prostowałem się na fotelu. Coraz bardziej zbliżałem się ku krawędzi mego siedziska; serce waliło mi niemiłosiernie mocno i nie mogłem się doczekać jak to się skończy.
"Wstajesz i pierwsze co robisz po zaparzeniu sobie porannej kawki jest pytanie "O dobry boże! Co ja do cholery robię ze swoim życiem?!"
Dreszcz przeszedł szybko po moim kręgosłupie, zimny pot zalewał mi kark, ręce niepokojąco drżały, w mózgu zaczęły zachodzić gwałtowne reakcje chemiczne; zdałem sobię sprawę z rzeczy iście niesamowitej, że oto, po raz pierwszy od dłuższego czasu, zdarzyło mi się myśleć.
"Ironiczne, że z powodu telewizji" - powiedziałem do siebie, jednak natychmiast potem wróciłem do uganiania sie za odpowiedzią na zadane przez mojego mechanicznego towarzysza pytanie, aż w końcu, w momencie kompletnej prejrzystości umysłowej, powiedziałem: "No." "Mamy rozwiązanie dla twego problemu...*tu-rututututu-ru* Wypróbuj sznurówki marki..."
"Co jest...?" - pomyślałem na głos.
"Czy jesteś zdołowany?" - łagodnie zadźwięczał telewizor.
"Nie, niekoniecznie" - odpowiadając usiadłem na pobliskim fotelu, po czym poprawiłem poduszeczkę pod tyłkiem.
"Może czujesz się samotny? Sfrustrowany? Zestresowany?" - kontynuował.
"Utknąłeś w beznadziejności świata, zupełnie odcięty od ciepła innych?"
Im dłużej mówił tym bardziej ja prostowałem się na fotelu. Coraz bardziej zbliżałem się ku krawędzi mego siedziska; serce waliło mi niemiłosiernie mocno i nie mogłem się doczekać jak to się skończy.
"Wstajesz i pierwsze co robisz po zaparzeniu sobie porannej kawki jest pytanie "O dobry boże! Co ja do cholery robię ze swoim życiem?!"
Dreszcz przeszedł szybko po moim kręgosłupie, zimny pot zalewał mi kark, ręce niepokojąco drżały, w mózgu zaczęły zachodzić gwałtowne reakcje chemiczne; zdałem sobię sprawę z rzeczy iście niesamowitej, że oto, po raz pierwszy od dłuższego czasu, zdarzyło mi się myśleć.
"Ironiczne, że z powodu telewizji" - powiedziałem do siebie, jednak natychmiast potem wróciłem do uganiania sie za odpowiedzią na zadane przez mojego mechanicznego towarzysza pytanie, aż w końcu, w momencie kompletnej prejrzystości umysłowej, powiedziałem: "No." "Mamy rozwiązanie dla twego problemu...*tu-rututututu-ru* Wypróbuj sznurówki marki..."
26 czerwca, 2008
Monolog wewnętrzny 2 - Zemsta!
Ja: A więc Zbyszku, Superhero Movie. Z pewnością nie jest to najambitniejszy film jaki widziałem, w dodatku przewidywalny jak cholera, ale generalnie rzecz biorąc, udało mu się czasem mnie rozbawić. Zbych: No, w sumie, ale wiesz, w zasadzie wszystko co w nim pokazali już było. Myślałem, że zwymiotuję ponownie oglądając przypadkowe powstanie superherosa; postać złego, który jest zły z konieczności; wielką, niespełnioną miłość głównego bohatera do jakiejś laski, która na końcu się w nim zakochuje, dzięki czemu wychodzą zwycięsko z kłopotów; nawet naśmiewanie się z Toma Cruise'a było już przerabiane. Ogólnie rzecz biorąc, z tego filmu mogliby zrobić kolejny drętwy komiks (typu X-Men...kurde, szkoda, że w Polsce nie postanowili przetłumaczyć tytułu. Komiks pod nazwą "Byli faceci", albo po prostu "Transwestyci z superszmocą" zrobiłby furorę zapewne), który twardo jeździ po już wyrobionych, standardowych ścieżkach, gdyby nie element humorystyczny. Ja: Wiesz, to komedia jest. Parodia w dodatku. Taka ma być, oparta na znanych motywach komiksowych, dzięki któremu widz stwierdzi "o, ja to skądś znam" przez co będzie mu się bardziej podobało. Bo wiadomym jest, że najbardziej ludzie lubią rzeczy, które już znają. Dlatego też nie ma sensu dopatrywać się w tym filmie, czy też w większości obrazach z Hollywoodu jakiejś oryginalności. Zbych: Zgadzam się. I powiem więcej; oryginalność umarła. Tak ogólnie, nie ograniczając się jedynie do amerykańskiej fabryki kotletów, a biorąc każdą dziedzinę życia pod uwagę. Wszystko już było wymyślone, wszystko już było zrobione i wszystko było zagrane. Nie zostało nic prawdziwie unikatowego czy też oryginalnego. Żyjemy w świecie, którym rządzą niekończące się powtórki. Ja: Ta, słyszałem już to kiedyś. Zbych: ...dokładnie. A w tabelkach na dziś : Donovan - Hurdy Gurdy Man (powiew świeżości ode mnie, aha.) i I Gotta Fire z repertuaru Spiritualized® (od Sam-wiesz-kogo.)
25 czerwca, 2008
HA!
Zdałem! Łaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! :D Jakieś celebration wypadałoby odstawić z tej okazji :D DAWAJ NALEWAJ
http://coldbeer.wrzuta.pl/audio/lZ0jardqmz/unesionnye_vetrom_-_davaj_nalivaj (strasznie gówniane, wiem ;] ) BOM MISTRZ :)
http://coldbeer.wrzuta.pl/audio/9dckgxeymz/queen_-_we_are_the_champions
http://coldbeer.wrzuta.pl/audio/lZ0jardqmz/unesionnye_vetrom_-_davaj_nalivaj (strasznie gówniane, wiem ;] ) BOM MISTRZ :)
http://coldbeer.wrzuta.pl/audio/9dckgxeymz/queen_-_we_are_the_champions
23 czerwca, 2008
Niewiedza jest błogosławieństwem.
Nie wiem dlaczego, ale zawsze przed jakimś ważnym egzaminem czy sprawdzianem, zaczynam na nowo odkrywać wiarę katolicką. W przerwach między wkuwaniem kompletnie nieinteresujących mnie faktów z historii Unii Europejskiej zdarza mi się myślec o Stwórcy. Rozważać czy może jestem jakimś jego wybrańcem i czy zbliżający się test mojej wiedzy przejdę zupełnie nie ucząc się. Jak trwoga to do Boga? Chyba. Tym razem zacząłem zastanawiać się nie tyle nad samą postacią Wszechmogącego, czy jest prawdziwy czy nie, czy pozwoli bym zdał czy też nie, ale tak bardziej ogólnie. Wyniki mych przemyśleń? Biblia. Koran. Tora. Każda z tych ksiąg twierdzi, że zawiera w sobie nieomylne nauki boże. Że mają boski "znak jakości" i, że są autoryzowane przez samego Pana Wszechrzeczy. Każda doprowadziła do powstania odrębnego nurtu religijnego. Ich wyznawcy twierdzą, że tylko oni wiedzą o co tak naprawdę w świecie chodzi i że pozostałe religie są tylko bajdurzeniem ludzkim, w przeciwieństwie do obiektu ich kultu. A co jeśli każda z tych ksiąg jest źle przytoczoną nadinterpretacją, a ci którzy je pisali nie zrozumieli prawdziwych intencji bożych? Pewnie dlatego nie udziela już wywiadów. O ile istnieje. Do takich rozmyśleń przyda się iście religijna nuta, tak więc polecam twór "Sympathy For The Devil" Stones'ów, a Zbigniew podsunął Josha Rouse'a - "God, Please Let Me Go Back". I powrót do nauki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)