Z niejasnych powodów, mojemu szefowi zebrało się dziś na rozmowy na temat miłości. Temat szeroki jak cholera, do którego zabierać się bez znieczulenia alkoholowego wręcz nie wypada, jednakże akurat w lodówce w pracy żaden trunek się nie chłodził. Radziliśmy sobie bez wspomagania.
Początek dość klasyczny, poruszaliśmy pierdoły, którymi głębiej zajmują się telenowele z Ameryki Południowej, nic godnego zapamiętania. Pod koniec dyskusji padło dość ciekawe pytanie ze strony o 6 lat starszego przełożonego.
„Czy traktuję podarunki dla kobiet jako inwestycję?”
Mój szef próbował udowodnić mi, że tak naprawdę wszystko co się robi dla kobiet, każdy miły gest, czy zakup lub choćby złożenie życzeń, absolutnie wszystko jest inwestycją. Jak księgowy lub profesor ekonomii wyjaśnił mi, że niemożliwe jest obdarowanie wybranki czymś miłym ot tak po prostu. Zawsze jest gdzieś to drugie dno zwane „oczekiwaniami”. Dajemy coś od siebie i oczekujemy coś w zamian. Handel wymienny; barter; inwestycja, która ma się zwrócić. Jeśli się nie zwróci, na taką kobietę czasu tracić nie warto.
Wytłumaczyłem, że nigdy nie myślałem o tym w ten sposób, po czym dałem popis swej naiwności mówiąc, że jeśli uczucie jest prawdziwe, nie powinno się oczekiwać czegokolwiek w zamian. Wyśmiano mnie, nazwano łatwowiernym głupkiem, którego umysł zmąciły komedie romantyczne i zaproszono na piwo. Jestem ponoć zbyt młody, niedoświadczony oraz mam nazbyt idealistycznie wyobrażenie o miłości.
Mieszane uczucia co do katastrofy Tupolewa. Z jednej strony smutek z tragedii i pełna akceptacja wprowadzenia żałoby. Z drugiej, nieodparta chęć wyśmiania niektórych rzeczy, jak np. dziennikarskiego polowania na sensacje; nadęcia politycznego ("Osierociłeś nas Ojcze Narodu!"); bezsensu e-zniczy; przerabiania przez ludzi wszelkich gestów solidarności w festyn z lodami, balonikami i dziećmi wesoło kręcącymi się wokół nóg; pojawienia się roztropnych przedsiębiorców w okolicach Starego Miasta ze zniczami po 4,50 zł sztuka itp.
Czułem się również jak kutas, kiedy to w sobotę, po przebudzeniu, żartowałem sobie z całego zdarzenia. Na szczęście ta męcząca szopka, której jestem świadkiem zarówno w mediach, jak i w pracy oraz na ulicy zmieniła moje podejście do tematu.
Ponadto, usłyszałem cholernie mądrą rzecz. „Nigdy nie pal za sobą mostów. Kto wie, może za 10 lat będziesz potrzebować nerki”.