20 sierpnia, 2009

This little light o' mine, I'm gonna let it shine

"Światełko na końcu tunelu". Dobry przykład na to, że zawsze szukamy sensu, albo jakiegoś celu w swojej ponurej egzystencji.

Co jeśli owe światło jest przecenione? Co jeśli światło na końcu tunelu prowadzi do rozświetlonej hali przepełnionej nieskończoną ilością luster, w których można ujrzeć swoje największe życiowe porażki? Każdą przegraną walkę? Każdą sytuację, w której widzieliśmy szansę na szczęście, ale ją zmarnowaliśmy? Każde nieudane zbliżenie seksualne?

Być może powinniśmy zaszyć się w mrocznym tunelu, trzymając się ciemności tak długo jak możemy, nie myśląc nawet o świetle.

18 sierpnia, 2009

Zamach stanu.

Wczoraj jak zwykle miałem napisać o straszności poniedziałku, jednak chłopak się na mnie zasadził. Nie spał w nocy i czekał cierpliwie, żeby o czwartej nad ranem kopnąć mnie w brzuch. Poczułem ostry ból w swym narzędziu trawiennym, jak i również usłyszałem błagania o litość od pęcherza. Nie miałem wyboru, musiałem wstać. Doszedłem do łazienki chwiejnym krokiem, podniosłem klapę i przysiadłem, bo nie byłem w stanie ustać. Zrobiłem co musiałem, gdy nagle!

Tak jest, to kopnięcie w brzuch to nie była zwykła złośliwość mego arcywroga. To zaplanowane działanie, przez które pół nocy wymiotowałem żywnością skonsumowaną dnia wcześniejszego. Musiałem chyba też stracić przytomność w trakcie, bo jak skończyłem to była szósta rano. "Skoro i tak za pół godziny wstaję" - sobie pomyślałem - "Nie ma sensu, żebym wracał do wyra. Od razu się umyję". Co uczyniłem.

Poniedziałek znów mi dał znać o sobie, gdy szczotkowałem zęby. Zakradł się i uderzył ponownie w okolice żołądka, a ja wróciłem do czynności jaką wykonywałem pomiędzy czwartą a szóstą rano. Dopiero po skończeniu wylewania z siebie wnętrzności poczułem przyjemną ulgę, jaką człowieka obdarowuje proces oczyszczania.

Byłem twardy jednak, po oderwaniu się od muszli skończyłem myć się i poszedłem do pracy. Fakt, cały dzień byłem nieprzytomny i ledwo do czegokolwiek się nadawałem, ale ilość urlopu do wykorzystania przeze mnie nadal pozostawała nietknięta.

Ha! Nie udało ci się, poniedziałku! Ciekawe co wymyśli w przyszłym tygodniu.

16 sierpnia, 2009

Bogowie wymagają ofiar.

Przepiękny dzień za oknami. Promienie słoneczne wlewają mi się do pokoju w całym swym majestacie. Aż chce się porzucić internety i przyjżeć z bliska trawce w parku.

I chyba tak zrobię, ale najpierw zabiję parkę gołębi. Trzeba wszak podziękować Bogom za dzisiejszy dzień i to poświęcenie istot żywych, co prawda archaiczne i barbarzyńskie, w sam raz się do tego nada. Nie mówiąc o tym, że te nieświęte zwierzęta próbowały ze sobą spółkować. Na szczęście pochwyciłem je zanim splamiły hańbą mój balkon.

Nie jestem pewien na jak długo taka ofiara starczy, bo to w końcu niczym nie wyróżniające się szare ptactwo, a wyroki boskie, jak wiadomo, są nieznane, ale sądzę, że w ten sposób zapewnie ładną pogodę przynajmniej na kilka następnych godzin.

15 sierpnia, 2009

Władza absolutna.

Pogrywając ostatnimi czasy w różne tytuły fantasy, których już nawet nie wypisuje w ramce, bo tak często je rzucam i zaczynam kolejne, zacząłem się zastanawiać jakbym się zachowywał, gdybym był potężnym wojem, bohaterem znanym wszędzie i wszystkim na całej planecie. Gdybym miał na swoim koncie ocalenie świata, przepędzenie szatana, uratowanie urodziwej księżniczki z zamku i wybicie szczurów z piwnicy.

Oczywiście byłbym najpotężniejszym stworzeniem stąpającym po ziemi, absolutnie nie do powstrzymania przez nikogo. Znałbym każdy czar, nawet taki, który przywołuje magicznego kosmicznego stwora, który mocą swą niszczyłby całe kontynenty.

Prawdopodobnie chciałbym zakończyć swoja niesamowitą karierę jakimś niespotykanym osiągnięciem. Np. zabić króla, wyrżnąć jego straż i zaufanych ludzi, następnie posiąść wspomnianą księżniczkę wraz ze wszystkimi jej służebnicami. Na koniec przejąłbym tron i wprowadził swoją tyranię. Całe królestwo, ba! cały świat by się kręcił wokół mnie.

Proszę. Zakończenie znacznie lepsze od tych wszystkich gierek, gdzie heros po spełnieniu swych zadań odchodzi w dal, nigdy więcej się nie pojawiając.

12 sierpnia, 2009

Gadaj-Kości-Opowieści.

Są takie chwile, kiedy autentycznie wstydzę się miejsca, w którym pracuję. Wstydzę się rozmawiać o pensji jaką dostaję. Dlatego też w sytuacjach kryzysowych, jak na przykład wczoraj wieczorem, kłamię w każdym momencie konwersacji.

Padło pytanie: "Gdzie pracujesz?". Po chwili odpowiedziałem, że pracuję przy produkcji zmodyfikowanych organicznie form życia dla NASA, które mają pomóc w kolonizacji Marsa. Wywołało to zamieszanie, po którym rzucono na mnie całą chmarę pytań dodatkowych, typu "W jakiej organizacji rządowej pracujesz?" i "Ile zarabiasz?" (najbardziej interesujący temat dla kobiet). Wymieniłem kilkanaście organizacji wziętych wprost z mojego tyłka, wszystkie prywatne z siedzibami w całej Europie i zatrudniające wysokiej klasy naukowców. Finansowane z funduszy pomocowych Unii Europejskiej (wymieniłem kilkanaście inicjatyw) i datków od organizacji pozarządowych (wszystkich wymyślonych).

Niektórzy się połapali i zaczęli mnie obdarowywać sarkastycznym uśmieszkiem. Niektórzy za to kręcili wąsem i łapali się za czoło, szczególnie, gdy zacząłem swój wykład na temat ekstrakcji tlenu z czerwonej skały na poziomie molekularnym. Powoli traciłem publiczność, lecz dwie przedstawicielki płci pięknej (w tym jedna pytająca o moje zarobki) dalej były zafascynowane moją opowieścią.

Oczywiście, w pewnym momencie musiałem przestać dowcipkować i szczerze rzec, że niestety nie jestem po bioinżynierii. Jednak jest to jakieś osiągnięcie, gadać tak długo, biorąc terminy i opisy z powietrza, jednocześnie utrzymując zainteresowanie słuchających. Większość wykładowców na studiach wyższych tak nie potrafi.

11 sierpnia, 2009

Klawiszologia.

Dziś odkryłem, że jeśli się będzie patrzeć w klawiaturę wystarczająco długo to będzie się świadkiem ciekawego zjawiska. Wpatrywałem się w te pozbawione choćby cienia inspiracji klawisze całe godziny, gdy nagle samowolnie opuściły swoje rodzinne gniazda, zebrały się w kółeczku i zaczęły tańczyć. Niektóre ograniczyły się jedynie do spoglądania na mnie i machania małymi rączkami. Najważniejsze klawisze za to przemówiły.

Spacja w szczególności miała sporo do powiedzenia, głównie zażalenia na to jak ją traktuje. Ponoć zbyt często i zbyt mocno w nią uderzam, gdy piszę. Łapałem się sztuczek dyplomatycznych i próbowałem jej wyjaśnić, że to w sumie mała cena za fakt, że znajduje się pomiędzy tak seksownymi i dobrze wyposażonymi Altami, które zawsze są chętne do akcji.
Po chwili Enter storpedował moje wysiłki dołączając się do Spacji w narzekaniu, mówiąc, że nie jest kawałkiem mięsa do rozrobienia i nie trzeba w niego tak tłuc. Zarzucił również, że zbyt często Esc i Backspace ratują mi tyłek, gdy wpadnę w jakieś tarapaty słowne.

Podsumowując, był to dosyć osobliwy dzień.

Obwiniam za to wczorajsze mieszanie miodu pitnego z piwem.

Ale już myślę trzeźwo.

07 sierpnia, 2009

Wątroba to nie Dżentelmen.

Wczoraj miałem sen o Twojej wątrobie. Ale spokojnie! Do niczego takiego nie doszło! O dziwo, chciała jedynie pobyć z kimś kto ją rozumie. Poszliśmy na spacer do parku, gdzie zerwałem dla niej piękną stokrotkę. Była to jedna z tych magicznych chwil, gdy cały świat spowalnia, traci ostrość i nie liczy się nic poza wzrokiem, którym siebie obdarzyliśmy.

Coś jak bullet-time z Matrixa. Tylko zamiast wybrańca tańczącego do kul mamy mnie i nadwymiarowy ludzki organ.

Później krew zaczęła lać się z nieba co, ku mojemu zdziwieniu, spowodowało, że twoja wątroba szeroko się uśmiechnęła. Powiedziała, że czyszczenie krwią należy do jej ulubionych rozrywek, o ile dobrze usłyszałem.

Hmm, jak teraz się zastanawiam, to wydaję mi się, że cały sen rozgrywał się w twoich wnętrznościach. Co więcej, nie mam pewności, czy aby na pewno ta rzecz, którą wyrwałem dla wątroby było stokrotką. Możliwe, że oderwałem coś, co ma jakąś wartość dla twojego ciała.

No cóż, z pewnością nie masz się o co martwić, przecież to tylko sen.