30 września, 2008
Top o' The Morning To Ye!
Dział "Soundtracki" oficjalnie został uruchomiony, na chwilę obecną można tam znaleźć 3 melodyjki mistrza Morricone, pochodzące z "trylogii dolarów" z Eastwoodem w roli głównej.
Updaty tegoż folderu na mojej wrzucie będą nieregularne.
Linku do nowych utworów postanowiłem nie dawać, bo za dużo roboty byłoby dla mnie ;) Po prostu zerkajcie tam raz na jakiś czas, obiecuję dawać tylko prawdziwe perełki. Zbigniew postanowił wrzucić piosenkę z debiutu zespołu "Black Rebel Motorcycle Club" (pomimo nazwy, mocno zapewniają, że nie są gejami) o nazwie "Love Burns", trochę mi się kojarzy z wykonaniami "The Cure" prawdę mówiąc. Enyłej, zacna nuta. A ode mnie klasyk nad klasyki - Pink Floyd i "Comfortably Numb".
29 września, 2008
Upadek wizjonera.
Trójwymiarowe modele naśladujące ludzi są jak Keanu Reeves. Zwykła decha, która nie potrafi przekazać emocji, ale potrafi wygadać "cool". Nie jest to wina znakomitych aktorów, ponieważ ich rola została zredukowana do użyczania głosów postaciom, które ich przypominają, a sam głos zazwyczaj nie wystarcza. Zemeckis traktuje efekty jak zabawkę, nie potrafiąc się nimi dobrze posługiwać. Jego zapewnienia o tym, że taki sposób tworzenia filmów jest lepszy, bo daje więcej kontroli nad akcją, a kamerę można umieścić wszędzie można o kant dupy rozbić. Każdą scenę, każdy kadr, dałoby się zrobić sposobem jak najbardziej normalnym i to z kciukiem w odbytnicy. Po co zatem film jest zrobiony taką metodą? Dla szpanu chyba, bo z pewnością nie z powodów artystycznych czy stylistycznych. Zemeckis, ze swoją wizją, przegrał z islandzkim projektem "Beowulf & Grendel", zrobionym za psie pieniądze, z Geraldem Butlerem (THIS IS SPAAARTAAAAAAA! I z buta!) w roli tytułowej, zanim ten stał się sławny, co jest wyczynem niesłychanym.
Jak do tego doszło? Zemeckis niegdyś był twórcą wybitnym. Jego filmy były esencją znakomitego kina rozrywkowego, że wspomnę chociażby o trylogii "Back to the Future" czy ekranizacji Forresta Gumpa.
Dlaczego zatem Robert stwierdził, że pierdoli robienie dobrego kina, na rzecz produkowania gównianych horrorów ("Ghost Ship", "House of Wax" czy ostatnie "The Reaping") i bawienia się z animacją? Nie mam pojęcia.
Ogromną porażkę, jaką był "Polar Express", powinien był wziąć za zły znak i wycofać się, wrócić do bardziej "tradycyjnego" sposobu kręcenia, a nie pcha się dalej w rodzaj kina, który ewidentnie mu nie wychodzi (kolejny jego projekt - "Christmas Carol" będzie w TrzyDe). Muzyczka na dziś to Subway - Rock & Roll Queen, promująca nowy film Guy'a Ritchiego (na marginesie, również twórca, który spróbował czegoś innego, odchodząc od tego w czym był znakomity, jednak po tym jak "Revolver" został dopisany do słownika, jako inna definicja słowa "bełkot", wrócił do kina gangsterskiego) A w nutach prysznicowych - I Will Dare zespołu The Replacements z roku...bodaj 1984.
28 września, 2008
Mydło nie gryzie.
Jadąc autobusem lini 510, mój zmysł węchu doznał szoku. Nie tylko bezdomny się wtłoczył na koniec mego transportu, powodując, że pasażerowie natychmiastowo rzucili się na przód pojazdu, tym samym tworząc sytuację niebezpieczną, bo przeważyli przednią część autobusu (kto wie jak to mogło się skończyć!), ale również Szanownej Pani Starej babci stojącej obok mnie jebało czosnkiem z ryja.
Zima się zbliża, rozumiem, trzeba żreć by wzmocnić odporność organizmu, ale na wszechmogącego, czy po takim procederze nie można chociażby pożuć gumy albo tic-taca wziąć? Przecież to tylko dwie kalorie.
Podstawą funkcjonowania dzisiejszego społeczeństwa jest mycie się. Dbanie o higienę chroni przed chorobami i powoduje, że lepiej nam się wiedzie w życiu. Wszyscy to wiedzą, zostało to udowodnione naukowo, a reklamy nawet starają się nam to wbić młotkiem do głowy. A jednak, kurwa jego mać, mam wrażenie, że większość ludzkości ma tą kwestię głęboko w swoim nieumytym odbycie.
Starsze osoby jeszcze jakoś zniosę. Mieli ciężko w tym PRLu, na wszystkim oszczędzali, nie dziwota, że w dzisiejszych czasach koncept regularnego podmywania się do nich niedociera. Starają się nie używać przyborów do mycia zębów zbyt często, bo jeszcze się szczoteczka "stępi" czy pasta się skończy i, broń boże, trzeba będzie kupić nową.
Tych pokurczowatych skurwieli, w mowie potocznej zwanymi dziećmi, również potrafię zrozumieć, w końcu nie myjąc się zyskują prestiż wśród swoich rówiesników.
Natomiast, mój umysł za cholerę nie może pojąć, jak to możliwe, że typowy człowiek dwudziestoparoletni, ma oddech porównywalny ze smrodem rozkładającego się szczura? Moczem zalewają płatki kukurydziane na śniadanie, czy jak?
No ja pierdole, tak trudno przed wyjściem z domu spędzić te dwie minuty szczotkując zęby? Tak trudno odświeżyć sobie oddech podczas dnia jakimś orbitem?
Ponadto powszechnie akceptowane jest mycie się raz dziennie. Jakim. Kurwa. Cudem?
Kiedy to się stało? Ja wiem, że polskie społeczeństwo zaadaptowało, wspomniany już, styl "oszczędny", z tej racji w większości domów kąpiel bierze się raz w tygodniu, całą rodziną najlepiej, gdzie się wchodzi do wanny do jednej czwartej zapełnionej wodą po kolei, zgodnie z zasadą starszeństwa, ale do chuja, nie mieszkamy w Afryce, gdzie o studnię na środku pustyni mordują się czternastoletnie czarnuchy. Nawet szybki prysznic z rana i tak podstawowa czynność, jak zmiana gaci spowoduje, że nie będzie od nas jebać. A może w tym wszystkim chodzi o to, że człowiek się naoglądał amerykańskich filmów o więzieniach i zwyczajnie boi się dotykać mydła, nie mówiąc o jego podnoszeniu, a widok strumienia wody, wydobywającej się z główki prysznica powoduje odruch zaciśnięcia pośladków i wycofanie się z łazienki? Dziś wyjątkowo, podwójne uderzenie Sonic Youth. Zbych zapodał ich przebój z "Daydream Nation" z 1988 - "Hey Joni". A ja wrzuciłem z "Rather Ripped" (rok 2006) - "Incinerate". To przyjemnej i CZYSTEJ nocy ;)
24 września, 2008
Kryzys, kurwa, egzystencjalny?
16 września, 2008
"Soul Reaver and reaver of souls, your destinies are intertwined."
Legacy of Kain: Soul Reaver
Ponownie rok 1999 i ponownie kompletnie zapomniana gra.Legacy of Kain : Soul Reaver jest drugą częścią epickiej sagi rozpoczętej przez "Blood Omen: Legacy of Kain" (w 1996 r.) a zakończonej przez "Legacy of Kain: Defiance" (w 2003 r.), która rozgrywa się w krainie Nosgoth.
W "Blood Omen" kierowało się szlachcicem o imieniu Kain, który ginie w pierwszym etapie, a następnie odradza się jako wampir, by dokonać zemsty na swych oprawcach. Niedługo potem okazuje się, że jest wybrańcem, od którego decyzji zależy przyszłość Nosgoth.
W intro do Soul Reaver, czyli jakieś 500 lat po tych wydarzeniach, okazuje się, że Kain wybrał to "złe" zakończenie. Cały świat jest pogrążony w chaosie, wampiry polują i zarzynają ludzi jak bydło, a Kain jest czczony niczym bóg. Wampiry w między czasie zaczęły ewoluować, coraz mniej przypominały ludzkie istoty. Kain zawsze był na czele ewolucji, jako pierwszy otrzymywał jej dary, a reszta podążała za nim. Aż w końcu Razielowi - głównemu bohaterowi Soul Reaver - wyrastają skrzydła, tym samym prześciga swojego pana, władcę i stwórcę. Kain, wkurzony mocno, niszczy mu skrzydła i skazuje Raziela na śmierć w Jeziorze Umarłych (w świecie Nosgoth woda pali skórę wampira niczym kwas jakiś).
Raziel, o dziwo nie zginął. Palił się przez tysiąc lat, mocno się zatem zmienił, ale przeżył. A może nie? Może to istota, która każe się nazywać "Starym Bogiem", i która wysyła Raziela na misję wybicia wampirów by porządek, radość, harmonia i w ogóle zajebiście wielka tęcza powróciły do Nosgoth, ocaliła go przed śmiercią?
Tak czy owak, ruszamy się mścić ;)
Fabuła i dialogi to zdecydowanie najsilniejsze punkty Soul Reaver, zresztą cała seria Legacy of Kain w tych dziedzinach jest mistrzowska. Grafika na dzisiejsze standardy jest żałośnie słaba, ale 9 lat temu to było coś. Pomimo braków fajerwerków graficznych, świat w jakim przyjdzie nam zwiedzać nadal jest imponujący. Wszędzie czuć gnicie i powolny rozkład, ruiny zajmują miejsce miast, gęsta mgła przysłania niebo, a mieszkańcy Nosgoth, z dostojnych wampirów, zostali zredukowani do stworów, spłodzonych wprost z najciemniejszych i najobrzydliwszych zakątków ludzkiego umysłu. Widać "ewolucja" trwała krótko, szybko zmieniając się w "dewolucję".
Raziel, jako, że już umarł i to nie raz, jest nieśmiertelny. Jednak, żeby utrzymać manifestację swojej osoby w świecie fizycznym, musi pożerać dusze pokonanych wrogów. Jeśli mu się w tym nie powiedzie, albo po prostu zbyt mocno dostanie po mordzie to "zginie" i przeniesie się do świata duchów, tam musi się najeść energią duchową i znaleźć portal, by wrócić do fizycznego świata. Dusze "bossów" natomiast, dają Razielowi nowe umiejętności, jak przechodzenie przez kraty czy inne bajery.
^ to z tymi dwoma światami było absolutnym novum w grach. Jak zwykle polecam, całą serię oczywiście, bo zarówno Soul Reaver i Soul Reaver 2 zakończyły się wielkimi tablicami z napisem "to be continued" :) Pikczers:




I na tym kończę Retrogaming :) Muzyka na dziś:
Animal Collective - Banshee Beat; od Zbigniewa.
B.B King - The Thrill Is Gone
Wracając do blogowej części strony: Wyleczyłem się z choroby, co jest in plus. Jednak nadal nuda i kompletny brak pomysłów na przyszłość powoduje, iż mój umysł jest tak samo zaćmiony jak podczas przeziębienia. Co więcej, niech Bóg ma mnie w opiece, zacząłem zastanawiać się nad ogólnym sensem istnienia, nad strukturą wszechświata i co może czekać człowieka po śmierci. Mam zdecydowanie za dużo czasu wolnego. aha, Call of Duty 4 rozwala, nawet jeśli nie jest się fanem fps-ów.14 września, 2008
"All systems green. What a beautiful sight."
Retrogaming Część VIII (to już prawie koniec!)
Homeworld

Pierwsza w historii strategia 3D. W dodatku rozgrywająca się w kosmosie.Zajebiście brzmi, co nie? ;)
Powstały w 1999 roku "Homeworld" jest pionierem w RTS-ach trójwymiarowych, jak wspomniałem. Gdyby nie ta gra, dziś nie moglibyśmy cieszyć się "Company Of Heroes", "Universe At War" czy "Warhammerem 40:000 Dawn of War". Zresztą, po rozpadzie Sierry ludzie odpowiedzialni za Homeworlda podostawali się do firm, które właśnie powyższe tytuły stworzyły.
Homeworld opowiada o odkryciu, wyprawie i walce rasy Kushan o swoją ziemię ojczystą. Otóż, rasa Kushan narodziła się na planecie Higara, jednakże, jakiś kataklizm spowodował, że musiała uciekać ze swego systemu. Wylądowali na pustynnym Ciele niebieskim - Kharak. Po wielu latach, pamięć o dawnym świecie została zagubiona, aż do momentu, gdy wśród piasków Kharaku odnaleziono rozbity statek kosmiczny, który w swoim wnętrzu posiadał "Guidestone" - kamień, na którym wyryta jest mapa, dzięki której Kushanowie mogą dotrzeć do swojego prawdziwego domu. W międzyczasie następuje kilka zwrotów akcji, o których grzechem byłoby opowiadać. Trzeba tą tułaczkę przeżyć razem z Kushanami.
Strona audiowizualna prezentuje się niesamowicie, jak na rok '99. Homeworld był jedną z pierwszych gier, które wyciskały z (nieistniejącej już) akceleracji graficznej siódme poty, więc nawet dziś, pomimo zauważalnych pikseli, miło się patrzy na twór Sierry. Możemy przybliżać i oddalać kamerę jak tylko chcemy oraz obracać ją w każdą stronę. Wtedy to była rewolucja, dziś to standard.
Muzyczka jest znakomita, nie mówiąc o GENIALNYM wykorzystaniu "Adagio for Strings" w niektórych scenkach. Połączenie tejże nuty wraz z obrazem jaki się widzi powoduje gwarantowane przejście ciarek po całym ciele.
Obrzakowo:




Muzycznie:
Mark Lanegan - Wheels i The Beatles - Come Together.
Wiem, mało imaginatywne, ale jestem chory i mój umysł nie jest wstanie wyprodukować czegoś fajnego do napisania :)
12 września, 2008
"A pathetic creature of meat and bone, panting and sweating as you run through my corridors. How can you challenge a perfect, immortal machine?"
System Shock
Panie i Panowie, oto System Shock. Gra najczęściej pomijana przez wszelkie rankingi najlepszych grach w dziejach, z kompletnie niewyjaśnionych powodów. Powstała w 1994 roku gra była jedną z pierwszych (po Ultimie Underworld) hybryd FPS z RPG, oraz tak na dobrą sprawę, był pierwszym FPSem, w której fabuła odgrywa ważną rolę. 








Natomiast muzyka na dziś:
Calexico - Writer's Minor Holiday (Zbigniew!) War & Eric Burdon - Spill The Wine (Ja!)