Zbych: Wiesz co? Może powinniśmy być bardziej czuli dla niewiast? Nie tylko tych, które znajdują się wokół nas, ale tak ogólnie. Wiesz, więcej ciepła dla nich, zrozumienia.
Ja: Dobrze prawisz, stary druhu.
Zbych: W tym celu trzeba porozumieć się z naszą kobiecą naturą i wydobyć te uśpione pokłady wrażliwości w nas zawarte!
Ja: Och jejciu! Zróbmy tak! Zmieńmy się w kompletne cipcie!
Zbych: Już PRAGNĘ tego, ażeby EMANOWAĆ moimi uczuciami! Chcę wysyłać je do wszechświata!
Ja: Amen, bracie! Niech twoje prawdziwe "ja" przebije się przez tą stwardniałą skorupę zwaną ciałem!
...
Zbych: Jasne.
Ja: Aha. Od razu.
ps. dziś Dungen - Det Du Tänker Idag Är Du Imorn, z ich albumu z 2004 roku "Ta Det Lugnt" o którym na Porcysie napisano "Nawet na papierze, jestem przekonany, że mało która płyta wytrzymuje w tym roku rywalizację z Ta Det Lugnt. To jest soniczny mindbending, że tak powiem oraz czysty gatunkowy zlew tradycji progresywnej z psychodeliczną, dokonany przy dojmującej melodycznej wrażliwości". A pod prysznic - Mick Jagger - God Gave Me Everything, zdecydowanie najlpeszy solowy (tak nie całkiem, bo w duecie z Kravitzem) kawałek wokalisty Stones'ów. Dziś się uczę, bo jutro egzamin. Żyć się odechciewa.
16 czerwca, 2008
15 czerwca, 2008
You all look the same to me.
Znacie to uczucie, gdy poznajecie kogoś prawdziwie wyjątkowego?
Tą JEDYNĄ na świecie osobę, która od razu przykuwa waszą uwagę?
Wasze oczy świecą rozpalającym się uczuciem, czujecie jak ziemia się wam trzęsie pod nogami, ptaszki wraz z resztą zwierząt tworzą dla was piękną symfonię ze swych odgłosów, dookoła was aż iskrzy; po prostu wiecie, że zostaliście stworzeni tylko dla siebie.
Znacie to uczucie?
Ja też nie.
Dziś I Wanna Make It Wit Chu z Desert Sessions (więcej info o tym projekcie jest w jakimś poprzednim poście) od Zbycha i Ring of Fire Casha ode mnie (bo dobre country nie jest złe ;))
14 czerwca, 2008
Ikea Man
Powrót po latach milczenia. Zbychu własnie goli zarost, jakiego się dorobił przez ten okres przerwy. Co nie jest łatwe, bo jego idolami, jeśli chodzi o owłosienie przynajmniej, są członkowie ZZ Top. Na szczęście dał mi znać co mam w jego imieniu polecać. I tak, na pierwszy ogień - Daft Punk - Aerodynamic - bo dobry bicik nie jest zły (szczególnie wspomagany gitarką). Następnie Ink Spots - If I Didn't Care. Ludzie znający Fallouta już wiedzą, że oni rządzą. Od razu powiem, że "Maybe" (ze wspomnainej gry) nie mam zamiaru publikować. Za dużo już jej słuchałem.
Blhhhoghhhhhh:
Opuściłem sobie niedawno wpisy w nadziei, że może odrobina przerwy podniesie poziom publikowanych przeze mnie przemyśleń, no ale cóż, chyba to nie wyjdzie :) podobnie jak zawsze mam problem z napisaniem czegoś interesującego o swoim życiu, dniu czy hobby. Próby stworzenia czegoś w stylu "artykułu" również spełzły na niczym. Tak więc, nie zadręczając zarówno siebie jak i was dojdę do sedna.
Dziś naszło mnie pytanie: Dlaczego zachowuję się jak się zachowuję?
Wracałem z pracy z koleżanką i tak sobie gadaliśmy o piwie (chyba każda wielka rozmowa zaczyna się od tego złocistego trunku), ona twierdzi, że nie pija, więc oczywiście, wtrąciłem swój wścibski nos i zapytałem: dlaczego?
Ponoć rodzina ją tak wychowała. Konserwatywnie, żeby wierzyła w Boga, chodziła do kościoła, wybitnie się uczyła, bo nauka to podstawa dobrej przyszłości, żeby nie piła alkoholu, bo od tego same kłopoty są, żeby nie dziurawiła sobie ramion i nie przypalała niczego, bo to również nie prowadzi do niczego dobrego etc., no i żeby nie była cicha (ona uważa, że tzw. "ciche wody" to podgatunek człowieka ;)). I wtedy mała lampka zaściewciła się w mej głowie. Tak więc, zapytałem siebie, dlaczego tak schizoferenicznie się zachowuję. Dlaczego raz jestem nieziemsko nieśmiały, na tyle, żeby zniechęcić wszystkich do siebie swoim brakiem wysławiania się, a czasem jestem duszą towarzystwa, maskotką sklepu, najzabawniejszą i najbardziej wygadaną osobą w całej Arkadii. Czemu mam mnóstwo momentów w swym żywocie, gdzie po prostu nie mogę zdecydować, że równolegle chcę i nie chcę. Wychodzi na to, że to nie tylko moje spieprzone dzieciństwo, które przesiedziałem całkowicie przed telewizorem oglądając siakieś chujowe filmy (niczym bohater "dream on", jeśli ktoś kojarzy owy serial), mając może jednego kumpla, a resztę rówieśników traktując jak wrogów (w tym dziewczęta, o dziwo) zadecydowało o moi "lawirowaniu".
Sądzę, że w gruncie rzeczy, winien jestem wdzięczność swoim rodzicom za to. Za ich wychowanie (pozdrawiam, jesli czytają ;), a wiem, że nie :)). Otóż, moi rodzice to hipokryci, kompletni i niereformowalni. Mówią, że wiara jest ważna, że należy być katolikiem w życiu, jednocześnie ostentacyjnie pokazują mi jak bardzo ich życie odbiega od drogi, którą katolicyzm promuje. Przykładem niech będzie post iluśtamdniowy, kiedy to mięsa się nie je. Rodzice dbali zawsze o to, żebym z siostrą nie szamał szyneczki czy innego zwierzaczka, ale sami często opierdzielali kurczaki, schabowe etc., w czasie wielkanocnym. Inny przykład to alkohol (koronny w zasadzie). Jest zły, tak mi mówili i dalej mówią, a potem chlają na umór. Papierosy, tak samo. Tylko, że tutaj powiedzieli, że przez własną głupote są w nałogu, a więc w dzieciństwie uznałem, że palacz = idiota (sorry Marto ;)), co mnie zapewne uratowało przed zbytnim zagłębianiem się w palenie. Oczywiście, można rzec, masz mózg, używaj go, a nie słuchasz we wszystkim rodziców. Tak, ale wpierw trzeba mózg ukształtować. Dziecko wchłania wszystkie informacje kiedy się rozwija, szczególnie jeśli podawane mu są w ładny i przystępny sposób (vide reklamy w tv). Kształt umysłu, wszystkiego co w nim zawarte, z wiedzą i moralnością włącznie, zależy od rodziców. Do takich wniosków dochodzę i od dziś za wszystkie swe problemy będę obarczał głowy mego klanu ;)
12 czerwca, 2008
Harmonia w ultrafiolecie.
Kontynuując podróż w indie rocka, dziś Zbychu wybrał kawałek z roku 2003 zespołu Broken Social Scene - "Cause = Time". Ta piętnastoosobowa ekipa zrobiła sporo namieszania swoim debiutem "You Forgot it in People" w rodzinnej Kanadzie, ale oczywiście, ponieważ to Kanada to zespół jest kompletnie nieznany w Polsce (czy na świecie ;)). I nie sugerujcie się ich nazwą, z której można zakładać, że są pozbawieni wyobraźni, posępnymi, rozpłakanymi emowcami. Wierzcie mi. Tak nie jest. Dobrze mi się ostatnio myło moje miejsca intymne silnym prysznicem przy dźwiękach "American Women" Guess Who. Może też spróbujecie :) Dzisiejszą zawartość blogową postaram się ograniczyć do minimum, ze względu na jutrzejszy egzamin. Wiecie, uczyć się trzeba. A ja jeszcze nieco rozchwiany przez ostatnią noc spędzoną w robocie. Więc nocka jak nocka. Było trochę spokojniej niż zwykle i autentycznie pracowaliśmy zamiast się opieprzać. Mnóstwo red bulli mam za sobą, aż menadżer, który rankiem wpadł ocenić stan naszej pracy wpadł w małą konsternację. Ja sam miałem na koncie 5 puszeczek z insygniem byczym, a moi współpracownicy też nie oszczędzali sobie. W sumie to od momentu, gdy dowiedziałem się, że na lipiec mniej więcej połowa osób zatrudnionych obecnie w mym sklepie planuje się zwolnić, głównie moje stare druhy, których znam od roku, to straciłem ochotę do zabawy, jaką zawszę emanuję na nocnych zmianach. Innymi słowy, mój wybór zmiany pracodawcy wraz z końcem czerwca okazał się jak najbardziej prawidłowy. Lepiej z czasem nie mogłem trafić.
11 czerwca, 2008
Fuck it dude, let's go bowling.
Wczoraj był problem z odtworzeniem Magic moments na wrzucie. Sprawdziłem i to nie moja wina. Pioseneczkę, empetrójeczkę, pełen wypasik zapodałem, to, że się nie wgrywała to wina wrzuty. Chyba wszystko naprawione już zresztą. Wracając do dzisiejszego dnia, zaczniemy od typowo rockowego tworu od Zbycha
...And You Will Know Us By The Trail Of Dead (to nazwa zespołu) - Relative Ways z ich debiutańckiego albumu Source Tags & Codes - który dostał na pitchforku 10.0 i został obwołany największą nadzieją rocka od kiedy Radiohead zrobił Ok! Computer, więc chyba godny polecenia ;) Natomiast dziś do śpiewania pod prysznicem i nie tylko nadaje się Dr. Vazquez, hiszpańskiego Evolution pochodzącego z lat 70 zespołu, który o dziwo kariery wielkiej nie zrobił. Tak więc atak na bloga o poranku mi się zdarzył. Głównie dlatego, bo dziś mam kolejną nockę, a znowu robić aktualkę, będąc w stanie skrajnego wyczerpania w okolicach 9 rano raczej nie będzie mi się chciało ;) Wstałem i pojechałem na uczelnie ażeby sfinalizować proces składania dokumentów potrzebnych do obrony. Oczywiście w dziekanacie znowu usłyszałem znaną formułkę: "Panie, ale jeszcze pan nie masz tego kwitka i tamtego, a my już zamykamy, więc może zrobi pan to co należy i pocałuje pan nas w dupę, po czym wyjdzie i nigdy więcej tu nie wraca." Ktokolwiek powiedział, że życie prywatnego studenta, w przeciwieństwie do studenta publicznego jest lżejsze, był w błędzie. Tak więc planuję sobie jeszcze potracić trochę czasu tu i ówdzie, po czym spać i zbierać siły na noc pełną wrażeń. Aha i błagam, jeśli macie do mnie jakiś biznes, że niby jakąś płytkę mam wynająć, albo komiksu użyczyć to na miłość boską przypominajcie mi o tym. Pamięć ludzka nie jest doskonała, moja w szczególności ;)
...And You Will Know Us By The Trail Of Dead (to nazwa zespołu) - Relative Ways z ich debiutańckiego albumu Source Tags & Codes - który dostał na pitchforku 10.0 i został obwołany największą nadzieją rocka od kiedy Radiohead zrobił Ok! Computer, więc chyba godny polecenia ;) Natomiast dziś do śpiewania pod prysznicem i nie tylko nadaje się Dr. Vazquez, hiszpańskiego Evolution pochodzącego z lat 70 zespołu, który o dziwo kariery wielkiej nie zrobił. Tak więc atak na bloga o poranku mi się zdarzył. Głównie dlatego, bo dziś mam kolejną nockę, a znowu robić aktualkę, będąc w stanie skrajnego wyczerpania w okolicach 9 rano raczej nie będzie mi się chciało ;) Wstałem i pojechałem na uczelnie ażeby sfinalizować proces składania dokumentów potrzebnych do obrony. Oczywiście w dziekanacie znowu usłyszałem znaną formułkę: "Panie, ale jeszcze pan nie masz tego kwitka i tamtego, a my już zamykamy, więc może zrobi pan to co należy i pocałuje pan nas w dupę, po czym wyjdzie i nigdy więcej tu nie wraca." Ktokolwiek powiedział, że życie prywatnego studenta, w przeciwieństwie do studenta publicznego jest lżejsze, był w błędzie. Tak więc planuję sobie jeszcze potracić trochę czasu tu i ówdzie, po czym spać i zbierać siły na noc pełną wrażeń. Aha i błagam, jeśli macie do mnie jakiś biznes, że niby jakąś płytkę mam wynająć, albo komiksu użyczyć to na miłość boską przypominajcie mi o tym. Pamięć ludzka nie jest doskonała, moja w szczególności ;)
10 czerwca, 2008
House of Cards
Uznałem, że należy zająć twardą pozycję i nie dać sobie dłużej pluć do zupy. To tak a propos tej informacji, o której piszę w poprzednim wpisie. Dzięki temu sprawę tą uważam za zamkniętą i mogę wrócić do weselszych rzeczy. Zbyszek dalej nie w sosie, myśli, że osobie, która była, w gruncie rzeczy, odpowiedzialna za mój niezbyt radosny stan, powinienem nabluzgać prosto w twarz i powiedzieć, że wszystkie orgazmy udawałem, w związku z tym zaproponował dynamiczną i err...egzotyczną nutę - The Pillows - "I Think I Can". Dla mnie ten dzień upłynął pod znakiem piosenki Perry'ego Como - Magic Moments. Wersja troszkę rozszerzona o przedmowę Johnny'ego Deppa, bo pochodzi z soundtracku do Fear & Loathing in Las Vegas. Moje życie jest, na chwilę obecną, nudne. Cisza przed burzą niestety. Zaraz się zaczną zabawy z egzaminami, obronami i innymi takimi. Z innych wiadomości. Przybył do mnie w końcu Splinter Cell: Double Agent, na którego musiałem czekać cały pieprzony tydzień, bo listonoszom zachciało się strajku. Nie żebym miał coś przeciwko strajkom listonoszy czy jakiejkolwiek innej grupy; prawdę mówiąc popieram każdą formę wywierania nacisku na rządzących, ale kurwa mać, musieli teraz, kiedy jeszcze mam 4 przesyłki w kolejce? Wracając do SC:DA, kiedyś nie rozumiałem całej krytyki jaka spadła na ten tytuł, ale po zagraniu uważam, że UbiSoft spierdolił sprawę, pod względem przygotowania konwersji pecetowej. Grę uruchomiłem dopiero po aktualizacji do wersji 1.0.2, przedtem witał mnie czarny ekran śmierci. Musiałem zrezygniować z grafiki next gen'owej, bo inaczej straciłbym pół życia w oczekiwaniu na załadowanie się poziomu treningowego. Jestem jak na razie po pierwszym poziomie, więc nie odważę się po tak krótkim czasie ocenić tej gry, ale na daną chwilę stwierdzam, że ciekawie się zapowiada, lecz nie dorasta do pięt poprzedniej części.
08 czerwca, 2008
Pustka.
Dziś dopadła mnie jakaś handra. Nic się nie stało. W pracy fajnie było. Miło nawet można rzec, bo z niektórymi osobami znam się od dawna, więc już jesteśmy zgrani, a nowe osoby szybko się adaptują. Ciepło na dworzu jest, szybkość ściągania mam dobrą, Polska przegrywa i jednocześnie polacy strzelają bramki, więc niby powinienem być zadowolony. A jednak mam blokadę, która nie przepuszcza radości do mego umysłu i powoduje, że mam ochotę smuty walić. Nie, przepraszam, nawet tego mi się nie chcę.
W takich chwilach nie mam ochoty słuchać zbędnych słów, więc będzie instrumentalnie.
Jonny Greenwood - Bode Radio / Glass Light / Broken Hearts
Amon Tobin - Easy Muffin Obydwa lecą pod Zbycha.
Miałem zamiar wspomnieć o homoseksualiźmie, bo ostatnio w pracy toczyliśmy dysputy na ten temat, ale nie potrafię znaleźć w sobie energii nawet na to.
EDYCJA:
Na koniec dnia dostałem wiadomość, która zwaliła mnie z nóg. Wyrwała mi głowę i, za przeproszeniem, pierdolneła ją o ścianę, z taką siłą, że z pojemnika zawierającego mój mózg zostały strzępy. Zmusiła mnie do przmyślenia moich poczynań w niektórych sferach życia. Pewnie jutro uznam to za prawdziwie oświecające zdarzenie, ale póki co, najchętniej bym siedział w ciemnym koncie ze słuchawkami na uszach. Siedział i o niczym nie myślał, tylko patrzył się martwymi oczami w ścianę przy rozbrzmiewających kreacjach Thomasa Newmana z American Beauty.
Subskrybuj:
Posty (Atom)