Chyba tego się obawiałem, gdy kończyłem studia. Sytuacja wygląda tak: wstaję rano, zajmuje się swoim hobby, piszę to i owo, popołudniem przeglądam oferty pracy, wieczorem kurwica mnie bierze wraz z narastającym strachem o przyszłość.
"Powinienem był zostać księgowym" - z tą myślą zasypiam.
Poniżej o tym czego możecie oczekiwać po rynku pracy, gdy skończycie studia humanistyczne.
Na gejm.net/miodny.pl pojawił się mój tekst o Blackwell: Deception. Czwartej części cyklu Blackwell, autorstwa Dave'a Gilberta z Wadjet Eye Games. Podążając za ostatnim linkiem, znajdziecie zwiastun gry. Jest nawet demo, co w dzisiejszych czasach jest niesłychane.
Wyjaśnię na wstępie, że nie musicie znać poprzedniczek, aby czerpać przyjemność z gry. Wszystko, co powinniście wiedzieć, zawiera prolog. W recenzji piszę takie rzeczy jak:
"Rozgrywka
opiera się na klikaniu myszką i czasem wysileniu zwojów mózgowych.
Kluczowym narzędziem pracy Rosy jest telefon, dzięki któremu
przemieszczamy się po mieście, zbieramy wskazówki, szukamy
informacji w sieci, a nawet dzwonimy! Ponadto mamy trochę klasyki w
postaci zbierania przedmiotów, łączenia ich, interakcji z
otoczeniem i wyboru odpowiedniej odpowiedzi podczas rozmowy."
oraz
"w
Deception sprawcami całego zamieszania jest mafia fałszywych
wróżbitów. Brzmi jak świetny materiał na komedię, ale jest
zupełnie inaczej. Wątek ten owinięty jest w warstwy lekkości,
może nawet banalności, ale pod nimi kryje się serce czarne jak
atrament wylany na nocnym, bezgwiezdnym niebie. Proces odwijania tych
warstw nieco zawodzi, ale sama końcówka poprowadzona jest
mistrzowsko."
Swoją drogą, Wadjet Eye pozamiatało w tym roku. Dwie najlepsze przedstawicielki gatunku - Gemini Rue i Blackwell: Deception - wyjechały właśnie z ich stajni.
Z innych wieści, założyłem twittera. Jeśli odkryjecie coś ciekawego w sieci, chcielibyście się czymś pochwalić, czy zwyczajnie powiedzieć "cześć", dajcie znać. Co więcej, myślimy w gejmie/miodnym nad stworzeniem miejsca dla gier niezależnych i gier na telefony. Zrobiliście coś w wolnej chwili i chcecie, by świat o tym usłyszał? Prawdopodobnie powinniście poszukać popularniejszego serwisu, ale nam również dajcie znać, tak po znajomości. Nasi stali czytelnicy chętnie się z nią zapoznają, ich cała piątka.
Obiecuję, że spojrzymy, zaopiniujemy, a nawet opiszemy.
Niewiele się dzieje. Zesłanie do Łodzi zakończone, tragicznie nie było. Realizowałem swoje marzenie z dzieciństwa - wstawałem późno i nic nie robiłem dzień cały, poza wyskoczeniem do sklepu po zagraniczne smakołyki. Nie ma to jak Lidl. Trochę chorowałem, a w następnym tygodniu zwiedzałem - po kuracji składającej się z przedawkowywania sudafedu i rutinoscorbinu. Pogoda chodzeniu sprzyjała.
Wieczory spędzaliśmy z ojcem na oglądaniu s-f. Odkrył chomika i że ściąganie z niego nie jest regulowane prawnie. Codziennie zdobywał po 3-4 tytuły, zarówno klasyki typu Forbidden Planet, nowości jak Transformersy, czy badziewie pokroju Lifeforce albo Nazajutrz. Z zaskoczeniem obserwowałem staruszka, który twardo oglądał te wszystkie filmy do drugiej nad ranem. Kiedyś obiecał je sobie nadrobić i ta chwila nadeszła teraz. I fakt, że wstaje o szóstej rano mu w tym przeszkodzi. Był lepszy ode mnie. Na niektórych filmach zasypiałem, albo traciłem zainteresowanie w połowie i odpalałem NDSa.
O doświadczeniach z konsolą, procesie noszenia mebli i bezcelowości życia po studiach, poniżej.
Remonty w mieszkaniu trwają już dobre dwa miesiące. Zaczęło się spektakularnie - rozwalanie ścian, przebijanie się do sąsiadów i wymiana kaloryferów. Odgórnie narzucone co prawda, bo w całym bloku system grzewczy ulepszali. Jednakże zachęciło to moich rodziców do dalszych robót. Myślałem, że na wymianie okien i parapetów się skończy. Szczególnie, że owe parapety były tak mocno osadzone w ścianach, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz, że po raz kolejny doszło do rozbijania.
Wyraźnie słyszałem, że na ten rok już starczy wrażeń. Słowa bodajże mojej matki. Podczas kolejnego procesu przesuwania mebli, mycia podłóg i ścierania kurzu, rodzice zaskoczyli decyzją, że w sumie cyklinowanie i odmalowywanie nie zaszkodziłoby mieszkaniu. Na próbę zrobili jeden pokoik, spodobało im się, ale ekipa złożona ze starych dziadków ewidentnie zrobiła ich w bambuko. Matka z ojcem są jednak zbyt wygodni i niechętni do konfliktów, zapłacili zatem zbójeckie stawki, a do kolejnego pokoju zatrudnili inną firmę. Z tej byli na tyle zadowoleni, że zlecili im odnawianie całego mieszkania.
W czteropokojowym mieszkaniu, w którym każde miejsce jest zapełnione meblami, telewizorami, sprzętem elektronicznym i innymi duperelami, przenosić ten szajs można tylko do dwóch najmniejszych. Jest to spory problem logistyczny, szczególnie, że trzeba nosić te rzeczy, żeby lakieru nie zedrzeć. Ponadto w tych dwóch pokojach mieszkać muszą trzy osoby, z których jedna śpi w dzień, żyjąc nocą. W sumie nie żyje, a wegetuje przed Animal Planet. I nie mówię tu o sobie.
Postanowiłem, że wyjadę, żeby nie oszaleć oraz dla zachowania harmonii w mieszkaniu. Ale gdzie by tu się wynieść? Jedno mieszkanie sprzedane, drugie wynajęte, babcia wizyt dłuższych niż godzinka sobie nie życzy. Nie zostało mi nic innego, jak:
I siedzenie ze starym. W dodatku atmosfera jest pasywno-agresywna, co jest reakcją mojego ojca na fakt, że się przeziębiłem. Ważne rzeczy ma do zrobienia, a ja na niego prycham, no jak mogę! Nie prycham, po prostu siedzimy razem w tej kawalerce i dopóki nie wyzdrowieję nie mogę na powietrze wyjść, stary kapciu!
Skończyłem GTA 4. Dopiero teraz, bo gdy wyszła te trzy lata temu, byłem wypalony po San Andreas. Postrzegałem czwórkę jako więcej tego samego, tyle że z lepszą grafiką. Recenzje czytałem, były pełne superlatyw, oceny 90% i wzwyż, zresztą do dziś ten symulator serbskiego imigranta zajmuje wysokie miejsce w metacriticu, ale ochoty na granie nie miałem.
W momencie, kiedy Rockstar ogłosił, że lada moment w GTA 5 będzie można pograć, postanowiłem uzupełnić braki w kradzieży samochodów. Poniżej kawałki z rozmów ze Skype'a, nieco przeredagowane, żebym wydawał się bardziej inteligentny, oddające moją opinię o grze.
A pod koniec urywka z recenzji Sengoku dla gejma i link!
Obroną pracy magisterskiej straszony byłem bodaj od matury. Już wtedy "dorośli" opowiadali, że egzamin dojrzałości to pikuś w porównaniu z tym, co na studiach się odbywa. Prawdziwym mężczyzną możesz się nazwać dopiero po uzyskaniu magistra, mówili. To tytuł godny podziwu, na który trzeba zapracować. Miałem wrażenie, że trudniej nim zostać niż rycerzem Jedi.
"Świat stanie przede mną otworem, gdy będę miał dyplom w ręku" - myślałem. W takiej wierze się wychowywałem. Wmawiano mi to, gdy szukałem pracy, gdy broniłem licencjat, nawet gdy myślałem o ożenku. "Jesteś nikim, bez magistra!" - powtarzali rodzice.
O różnicach pokoleniowych, egzaminie magisterskim, o tym, że świat nie potrzebuje magistrów i o innych duperelach, poniżej.
Nie doszedłem do tego wniosku ze względu na to, że promotor zaakceptował i wyznaczył termin obrony magisterki. Wpływu nie miał również fakt, że nastolatki mówią do mnie per "pan", ani że zbliżają się kolejne urodziny. To, co uzmysłowiło mi, jak stary jestem, miało miejsce w nocy z piątku na sobotę. Przejmująca opowieść o nowym Żubrze, zataczaniu się i kacu, poniżej.
Obok swoich milusińskich, ulubieńców i idoli, każdy ma artystów, których nienawidzi. Przez ich muzykę, styl bycia, chamskie zachowanie czy sprzedawanie się mediom. Czasem powodu nie musi być. Wystarczy, że dojrzy się w nich to wewnętrzne fuj.
Poniżej trzynaście kawałków, które lubię od różnych artystów, prezentujących różne style muzyczne, których szczerze i podejrzewam, że z wzajemnością, nienawidzę. Są linki, są teledyski, a na końcu paczka.
Cholera wie. Gdy nabrałem ochoty napisać coś o Falloucie dla JRK's RPGs, miałem zamiar zrobić to w formie artykułu. Recenzja, myślałem, jest nie na miejscu, gdyż z tym tytułem się wychowałem.
Był jednym z pierwszych erpegów, których doświadczyłem. Był to pierwszy tytuł, który przeraził mnie ogromem możliwości i nieliniowością. Często jak zahipnotyzowany patrzyłem na punkcik prezentujący mnie na mapie świata, bojącego się ruszyć z miejsca, ze strachu przed nieznanym. I z niepewności, dokąd powinienem się udać. Wielokrotnie zaczynałem i porzucałem tą grę. Czasem z powodu niezadowolenia z wyborów w rozwoju postaci (Falloutowi zawdzięczam znajomość ze słownictwem typu "budowa" czy "metagaming"), wyborów dotyczących konkretnego zadania czy miasta, a przede wszystkim ze względu na NPCów. Robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby Dogmeat i Ian przetrwali do końca. Nigdy mi się to nie udało. Grając uczciwie, to znaczy.
Postanowiłem powalczyć o miejsce w redakcji Gejm.net. Na forum, gdzie odbywa się rekrutacja podesłałem recenzję New Star Soccer 5. Wyszedłem z założenia, że nawet, jeśli odmówią, fajnie będzie spróbować opisać coś, co nie jest RPGiem i przeznaczonego nie na blog. Wyszło niemal tysiąc słów, bo jestem mocno zawiedziony piątym nssesem. Seria ta na nowo rozpaliła we mnie emocje związane z symulowanym futbolem. Grając kilka lat temu w "trójkę" czułem się, jakbym pierwszy raz grał w Fifę '97, czy Actua Soccer. Innymi słowy, radowałem się jak dziecko na widok grzechotki. Część piąta to zdecydowany krok w tył; regres, przez który serce mi krwawi. Simon Read zamiast rozwijać to co było dobre w poprzednich wersjach, upraszcza je lub usuwa, w teorii po to, by zachęcić casuali do wypróbowania. Przypomina mi to sytuację z Ion Storm i sequelem do Deus Exa.
Handlem się zajmowałem. Przez ostatnie pięć miesięcy szykowaliśmy mieszkanie pod wynajem, w końcu nadszedł dzień szukania klienteli. Od początku było wiadomo, że rodzice namaszczą mnie na ich przedstawiciela handlowego. Nie dopuszczałem tego do myśli przez grubo pięć miesięcy, ale ostatnie wydarzenia zmusiły mnie do zaakceptowania tego stanu rzeczy. Poniżej urzekająca historia nadająca się do Ewy Drzyzgi.
Witam, witam wszystkich zainteresowanych. Zbliżcie się. Ok, nie przejmujcie się tym stosem drewna, po prostu siadnijcie se wokół niego. Może być brudnawo, wiem, nie przejmujcie się. Proszę usiąść, tak, jasne, po wszystkim będą kiełbaski, pamiętaliście żeby przynieść własne trunki? Dobra, pozwólcie mi tylko przejść. Tylko rzucę ten notatnik na stos, o tak, i możemy zaczynać. Co? Nie, dym nie będzie rakotwórczy. Chociaż wie pan, nie wiadomo z czego teraz ten papier robią. Proszę zakrywać nos i usta, jakby co. Eeej! Zbychu! Dawaj podpałkę!
Jak pies, siedzę i pilnuję chałupy. Mateczka, zgodnie z obietnicą, poszła w miasto. Nadzoruję pracę robotników, a raczej jej brak. Mieli rozpocząć zamurowywanie od 7.30, jednakże do tej pory mnie nie odwiedzili. Przed chwilą złapałem ich herszta na klatce, powiedział: ludzi nie ma, cały pion jest do zrobienia, komplikacje są, wie pan jak to jest, nie wiem czy dziś do pana zdążymy. Bezproduktywnie siedzę zatem, czekając na roboli.
Żeby nie siedzieć w gruzie, poszedłem na spacer do Łazienek. W samo południe, gdy słońce grzało najmocniej, odbył się koncert chopinowski. Nie wiem, jak nazywał się pianista, ale kobieta siedząca koło mnie zażartowała, że rymuje się z penisem. Nigdy nie miałem cierpliwości do Chopina. Kojarzy mi się z przesadą, patriotyzmem na pokaz i językiem polskim. Jedyne pozytywne powiązania to Dzień Świra i Chopin. New Romantic (nigdy nie przyjdzie mi tego choćby przejrzeć, ale podobał mi się koncept). Powodem, dlaczego Chopina nie potrafię słuchać jest edukacja. Miałem posraną na punkcie patriotyzmu babę od polskiego, przez której nadmierny entuzjazm, mam niechęć do symboli naszej kultury. Wycieczka do Łazienek była zatem okazją do przełamania się.
Było lepiej niż zakładałem. Chopin był miły dla ucha, szczególnie Nokturny podpasowały. Nawet postanowiłem zdobyć składankę "Best of", czy "Golden Hits", gdy będzie okazja.
Nawet
nie wiecie, jaka to gigantyczna ulga móc napisać te słowa. Po Invisible War,
mało kto spodziewał się powrotu tej serii i to w takim stylu. Oczywiście, Bunt
Ludzkości nie jest bez wad. Pomysł, aby umieścić bossów, bez żadnej możliwości
interakcji z nimi, prócz walki, jest równie dobry, co inwestowanie na giełdzie
na podstawie horoskopu. Reakcje współpracowników Jensena na jego poczynania
mogłyby być bardziej rozwinięte. I nie jestem fanem końcówki.
Ale możliwość ponownego zagubienia się w
futurystycznym świecie globalnych konspiracji, który zachęca do
eksperymentowania i czerpie garściami z legendarnego pierwowzoru, jest tak
fantastycznym przeżyciem, że wady te bledną.
Wymiana rur w domu trwa. Oznacza to, że musiałem owinąć desktop folią, jak fan bondagu, żeby gruzu za dużo do niego nie nasypało. Polityka zatrudnionej do tego zadania firmy polega na tym, że wchodzą wszędzie. W tym samym czasie rozwalają łazienkę, pokoje i kuchnię. Nie ma się gdzie schować i nie ma czym się zająć w domu. Używając wymówki, że w przygotowywanym pod wynajem mieszkaniu trzeba posprzątać i stolik złożyć, wyrwałem się z domu, zostawiając matkę samą z robotnikami. Odpłaci mi tym samym w następnych dniach, bo wymiana rur/sprzątanie/zamurowywanie potrwa do wtorku. Największym cwaniactwem wykazała się moja siostra, która już w zeszłym tygodniu zaklepała wyjazd do ojca do Łodzi, na okres robót.
Wczoraj zabezpieczałem z matką mieszkanie, meble przesuwałem, dywany zwijałem, książki w szafkach upychałem. Rozpędziliśmy jednak i gdy do kolacji chcieliśmy usiąść, okazało się, że nie było na czym. Dzień rozpoczął się o szóstej rano. Szybkie śniadanie i foliowanie łóżek, następnie prysznic i chowanie środków higienicznych. Ekipa wpadła o wpół do ósmej i zaczęła się rozkładać. To znak dla mnie, pomyślałem. Zabrałem torbę, klucze do drugiego mieszkania i ulotniłem się, życząc mamie miłego dnia. Update z kradzionych internetów zatem!
Gdy wróciłem od fryzjera, matka spojrzała na mnie z obrzydzeniem. No co on z siebie zrobił?! - rozległo się po domu. Potem zapytała, czy fryzjer, u którego byłem, ma w ofercie oszpecanie, czy też zrobił to specjalnie dla mnie? I wszystko dlatego, bo zażyczyłem sobie skrócenia włosów o połowę. Nawet pogadankę miałem, że nie jestem już taki młody, włosy będą mi rosnąć może jeszcze z dziesięć lat, a potem łysinka. Cała rodzina czepia się i wywiera naciski na mnie z powodu włosów. Mam się czuć zaszczuty z powodu owłosienia? Przecież to niedorzeczne. Najwyraźniej Adam Jensen w zwiastunie nowego Deus Ex miał rację. "If you want to make enemies, try to change something."
Kolejny dzień walki z systemem. Zezwalanie na to, żeby robił ze mną co zechce, dokładnie mówiąc. Przed wyjazdem do Ustki dostałem info od swojego dziekanatu, że kierowniczka studiów nie poinformowała studentów o obowiązku wyboru dodatkowego wykładu na zeszły semestr. Za ten przedmiot przysługują dwa punkty ECTS. I tych dwóch punktów, jak się okazuje, brakuje wszystkim studentom na moim roku. Nawet tym, którzy zdążyli już się obronić.
Sprawę olałem, bo magisterka, wakacje etc. Teraz wróciłem do kwestii. Przejrzałem dyskusję na forum mojego kierunku, niektórzy rzucali kurwami tu i ówdzie, zapowiadali, że spalą tą głupią budę i z postów wynikało, że planowali ukrzyżować rządzącą nami panią magister. Widziałem się z nią dzisiaj, więc raczej do tego nie doszło. Chyba, że jest bardziej wytrzymała niż Jezus. Poszła nam na rękę, szczęśliwie. Zaliczenie dodatkowego przedmiotu, który wybrała za nas, polegało na napisaniu eseju na dowolny temat związany z migracjami, 3 - 5 stron. Banał. Jednakże jest to kolejne ustępstwo społeczeństwa wobec błędu systemu. Pozwalamy, żeby rząd deregulował OFE, okradając nas z oszczędności; żeby spekulanci podnosili kurs franka, przez co spłacić kredytu się nie da; nie panikujemy, gdy w debacie telewizyjnej uczestniczy tylko dwóch przedstawicieli partii, w dodatku będących w koalicji rządzącej; a teraz to. Nie powinniśmy się na to godzić, nie w demokracji. Tu trzeba rewolty.
Nienawidzę swojego promotora. Najpierw człowieka pogania i kontroluje, chcąc jak najszybciej zobaczyć poprawki, a potem, gdy dostaje wydrukowaną pracę, mówi, że przeczyta ją i sprawdzi na wakacjach, na które właśnie się wybiera. Przez miesiąc będzie zwiedzać Madryt, w przerwach zerkając na studenckie wypociny, a następnie wszystkich zaprosi na swój dyżur pod koniec września. Zamiast bronić się w następnych kilku dniach, jak planowałem, studia skończę w październiku. Mam nadzieję.
Uwielbiam weekendy spędzać w zasyfionym mieszkaniu, składać meble, rozkładać je, ciąć i składać ponownie, bo akurat takie dwie rurki przeszkadzają im w aklimatyzacji. 7 godzin z piątku mi to wyjęło i 6 z soboty. Wszystko po to, żeby komuś wynająć. Cudnie. Wróćmy jednak do odbytej jakiś czas temu podróży.